Radha, Płatki do demakijażu - błogosławieństwo dla zabieganych ;)



Wyjazdy to moja codzienność - czasami są zaplanowane, a innym razem nagłe, niespodziewane i spontaniczne ;). Niezależnie od ich typu bardzo nie lubię podróżować jako obładowany wół juczny - im mniej wszystkiego tym lepiej, więc jeśli tylko mogę na czymś oszczędzić miejsca w torbie to natychmiast to czynię. Z wielkim zainteresowaniem przyjęłam więc propozycję testowania Płatków do demakijażu (i nie tylko ;)) Radha.


Płatki te nie mają jednak nic wspólnego z wacikami - to produkt myjący w formie cieniusieńkich plasterków, które w dotyku absolutnie nie przypominają ani waty, ani "mydła". Zamknięte są w bardzo eleganckim opakowaniu chroniącym zawartość przed wilgocią, które kojarzy mi się z pudrami w kamieniu droższych marek. Kartonik kryje również pojemnik z zapasem płatków - łącznie mamy ich więc 100 (2 x 50), a ich koszt to około 60zł - sporo, jednak w przeliczeniu na płatek to 60 groszy. A jednym płatkiem można zdziałać wiele ;).


Skład prezentuje się następująco:


Nie jest to typowe, składowe mydło - nie znajdziemy tutaj soli sodowych wyższych kwasów tłuszczowych. Zamiast nich mamy delikatniejsze sodowe detergenty i betainę kokamidopropylową, sporą ilość nawilżaczy (gliceryna, glikol butylenowy, hialuronian sodu) i inne cuda, takie jak ekstrakty z mleczka pszczelego, róży pomarszczonej, propolisu, aloesu, oczaru, arniki, dziurawca, ogórka czy winorośli. Zawiera również modyfikowany (dzięki czemu jest zmywalny wodą) kopolimer - wykorzystany zapewne do uformowania płatków ;).

Skład oceniam jako ładny, delikatny i całkiem wart uwagi. Ze względu na jego delikatność zastanawiałam się jednak, jak sprawi się w praktyce - czy faktycznie usunie makijaż? Czy będzie się choć delikatnie pienił? Pierwsze użycie szybko rozwiało moje wątpliwości:


Płatki już po minimalnym zwilżeniu wodą pienią się świetnie. Nie dowąchałam się w nich zapachu, co poczytuję na plus - brak kompozycji zapachowej zawsze zmniejsza ryzyko wystąpienia uczuleń. Producent sugeruje użycie 1-3 płatków w czasie demakijażu, ale powiem Wam, że mnie jeden płatek wystarcza aż nadto (podkład + puder + korektor + tusz), a przy użyciu drugiego bez większych problemów myję całe ciało pod prysznicem w czasie wyjazdów ;). Szczerze powiem, że chyba tylko prawdziwą "szpachlę" trzeba byłoby molestować aż trzema płatkami.

Na mojej tłustej cerze sprawdza się to rozwiązanie nawet w wersji solo - nie muszę nakładać po użyciu tych płatków kremu (dodatkowa oszczędność miejsca :D), aczkolwiek do takich sytuacji dopuszczam tylko sporadycznie. Nie wywołuje pieczenia oczu, przesuszeń czy podrażnień (nawet powiek!), a skórę pozostawia czystą, odświeżoną i miękką. 

Nie użyłam ich jeszcze do mycia włosów, ale muszę się przyznać, że chodzi mi to po głowie - pewnie wtedy zużyję więcej niż jeden płatek :D. 

Wielofunkcyjność, działanie, piękne opakowanie i oszczędność miejsca - jestem bardzo na tak ;)

Jakie niezbędniki można znaleźć w Waszej podróżnej kosmetyczce?
Więcej »

Kto zgarnia zestawy kosmetyków? ;)



Jubileuszowy konkurs dobiegł końca, więc bez przedłużania przedstawiam Wam listę zwycięzców ;). Chciałabym jednak napisać Wam, że czytanie Waszych postów i komentarzy sprawiło mi wielką radość ;). Cieszę się, że mój blog jest dla Was miejscem potrzebnym w sieci. Oby było tak jak najdłużej ;).


Zestawy kosmetyków Elfa Pharm zgarniają:




Zaraz wysyłam do Was maile, a wszystkim uczestnikom dziękuję za udział w zabawie. Obiecuję kolejne już niedługo :D.

Więcej »

TSH to za mało! Zawiłości badań tarczycy



W okresie jesiennym większość z nas zauważa zwiększone wypadanie włosów. Nie jest to nic niepokojącego, jeśli trwa około 4-6 tygodni, jednak jeśli problem nie mija należy rozglądnąć się za przyczyną takiego stanu rzeczy. Schemat postępowania w takim przypadku stworzyłam dla Was dwa lata temu i nie uległ on dezaktualizacji ;). Znajdziecie go TUTAJ, a TUTAJ możecie poczytać o badaniach, jakie polecam wykonać przy długotrwałym, nadmiernym wypadaniu włosów. Jedną z najczęstszych przyczyn stanu rzeczy są choroby tarczycy, które obecnie zaczynają dotyczyć coraz większego odsetka społeczeństwa. Na podstawie dziesiątek wiadomości od Was mogę też stwierdzić, że diagnozowanie tych chorób w naszym kraju jest niezwykle trudne. Dlaczego?


Prawie wszyscy lekarze (bądź sami pacjenci, jeśli zlecają badanie na własne życzenie - prywatnie) skupiają się na badaniu TSH - hormonu tyreotropowego. Jeśli mieści się on w granicach laboratoryjnej normy (zwykle mieszczącej się w zakresie 0,2-5 uU/l w zależności od wykorzystywanego sprzętu) zwykle zarzucane jest całkowicie podejrzenie choroby tarczycy. Nie jesteśmy wszak poniżej (podejrzenie nadczynności tarczycy) ani powyżej normy (podejrzenie niedoczynności tarczycy).

Niestety, większość lekarzy w Polsce (głównie nie będących endokrynologami, ale i wśród takowych bywa różnie) nie pamięta o tym, że te szerokie normy powinny zostać rozdzielone na szereg węższych i bardziej konkretnych. Musicie pamiętać, że poziom TSH kobiety w wieku rozrodczym nie powinien przekraczać 2,5 uU/l. W przypadku przekroczenia jest to już stan wskazujący na problemy zdrowotne. O tym fakcie nadal zbyt mało się mówi! Podobnie jak i o tym, że prawidłowy wynik TSH wcale nie oznacza automatycznie, że nasza tarczyca jest zdrowa. Sprawiedliwie napiszę jednak, że w niektórych miejscach sieci można przeczytać o fakcie, że do TSH warto "domierzyć" FT3 i FT4. Czasem jednak i to może okazać się za mało do prawidłowej oceny sytuacji.

W swoim blogerskim życiu miałam okazję do analizy niejednego problemu moich Czytelników jak i nie raz w swoich dyskusjach (zwykle mailowych lub messengerowych ;)) szliśmy na noże ;). Często wynikało to z mojego namawiania do dalszej diagnostyki tarczycy w momencie, gdy TSH było prawidłowe (ba, było nawet w tej "nowoczesnej normie", poniżej 2,5). Moje drążenie tematu zawsze wynikało z objawów, jakie opisywał mój rozmówca. 

By nie być gołosłowną - po jednej z takich wymian zdań moja Czytelniczka (w wieku około 30 lat, która wcześniej miała zbadane tylko TSH - wynik prawidłowy), borykająca się z nadmierną migracją włosów, rozszerzyła swoją diagnozę o badania FT3, FT4, anty-TPO i anty-TG. Szczerze Wam powiem, że jej wyniki wbiły w fotel nawet mnie (a naprawdę, sporo już widziałam):


Jak widać, TSH wygląda pięknie (w normie, poniżej 2,5), podobnie FT3 i FT4. Natomiast tzw. "przeciwciała tarczycowe" przebijają normę prawie dwieście lub prawie piętnaście razy! W takich sytuacjach należy myśleć o stanach zapalnych tarczycy, z chorobą Hashimoto na czele. Wiąże się z tym konieczność znalezienia rozsądnego lekarza, który poprowadzi dany problem - a nie jest to łatwe. Temat jest mi niezwykle bliski, bo jestem obciążona genetycznie problemami z tarczycą i cóż - czekam, kiedy się pojawią, monitorując regularnie jej stan.

Chciałabym, aby mój post zwrócił Wam uwagę na złożoność problemów z tarczycą i, jeśli (odpukać!) w przyszłości będziecie u siebie podejrzewać tego typu schodzenia, przekona do tego, by nie dać się zbyć samym badaniem TSH. W takich sytuacjach diagnostyka trwa czasami latami z powodu tylko tego małego niuansu. 

Borykacie się z problemami z tarczycą? Opowiedzcie proszę o swojej historii - może pomoże komuś innemu.

P.S. Pamiętajcie o konkursach na blogu i Fanpage!
Więcej »

Dr Medica, Płyn tonizujący i serum - miało być tak pięknie...



Pokuszenia kosmetyczne zdarzają mi się dość często, jednak zwykle, przy nieszczególnie dobrej dostępności danego produktu, daję sobie spokój. Jednak w przypadku opisywanych dziś kosmetyków zachciewajka nałożyła się z promocją w Rossmannie na tą właśnie linię, więc przeprowadziłam szeroko zakrojone poszukiwania (przez drogerię internetową) i znalazłam je w oddziale na drugim końcu Krakowa. Dorwałam je w swoje łapki i z wielkim zainteresowaniem rozpoczęłam testy. Jak wyszły? Przekonajcie się sami.

Analizy składów obu produktów już opublikowałam (znajdziecie je TUTAJ), więc nie będę ich powielać w tym poście. Przypomnę jedynie, że wiązałam z nimi wielkie nadzieje - takie były ładne...



Płyn dermatologiczny dostajemy w sporej butelce z ciemnego plastiku. Niewielki otwór zapewnia właściwe dozowanie produktu na wacik, a apteczny design całej serii budzi zaufanie ;). Przejrzyście, czysto i elegancko, bez przesadyzmu. 

250ml tego płynu kosztuje od 12 do 18zł, w zależności od miejsca i skali promocji. Ma konsystencję wody i osobiście nie dowąchałam się w nim żadnego zapachu.


Serum również dostajemy w maleńkiej, plastikowej butelce. Nie mam żadnych zastrzeżeń co do etykiet czy kartonika, jednak pomysł z zamknięciem absolutnie nadaje się do natychmiastowej poprawki. Zwykły otwór (dokładnie taki sam jak w płynie) bez pipetki, zakraplacza czy chociażby bez zwężającej się końcówki zapewnia nie lada atrakcje przy aplikacji. Serum również ma wodnistą konsystencję i bez problemu można wylać na dłoń więcej, niż potrzebujemy xD. Nie ma natomiast zapachu.


30ml tego serum kosztuje 18-26zł, w zależności od miejsca i skali promocji.

Sumiennie stosowałam te produkty przynajmniej raz dziennie (zwykle na noc, czasami rano i wieczorem). Skórę twarzy przecierałam wacikiem obficie nasączonym płynem tonizującym, czekałam do wchłonięcia czy też wyschnięcia, a następnie nakładałam serum. By nie zaburzać sobie oglądu sytuacji zrezygnowałam nawet z aplikacji kremu po nim. 

Niestety, pomimo prawie dwóch miesięcy stosowania nie doczekałam się najmniejszego efektu. Ani jeden zaskórnik na mojej twarzy nie stał się mniej widoczny dzięki temu zestawowi ;). Cóż, już przed kupnem resztki rozsądku podpowiadały mi, że na mój pancerny i zaprawiony w bojach ryjek te cuda mają za małe zawartości substancji złuszczajacych (kwasów). Ale kto by słuchał tego rozsądnego podszeptu xD. 

W tym czasie, nawet przy stosowaniu dwa razy dziennie, nie dorobiłam się żadnego, nawet minimalnie widocznego łuszczenia, a i nic nie wskazuje, by mikrozłuszczanie naskórka u mnie nastąpiło ;). Wiele też o zawartości substancji czynnych w samym płynie mówi fakt, że przy przetarciu tym płynem powiek i okolic oczu (nie pytajcie - wieczorna pomroczność jasna xD) nie dorobiłam się najmniejszego uszczypnięcia, podrażnienia, zaczerwienienia czy łuszczenia. A ten rejon u mnie pancerny już nie jest ;). 

Sprawiedliwie muszę oddać, że kosmetyki te nie zrobiły mi żadnej krzywdy, jednak nie zauważyłam u siebie ani krzty ich deklarowanego działania (a taki okres czasu jest naprawdę wystarczający do uzyskania widocznych rezultatów). Płyn najprawdopodobniej dokończę, a serum pójdzie w odstawkę. Nie chcę tracić jesienno-zimowego okresu kwasowego złuszczania na coś, co na mnie nie działa ;). Dlatego też, idąc za wspomnieniem MezoSerum, rozpoczęłam kurację eksfoliujacym serum Bielendy Neuro Glicol + Vit. C. Mam szczere nadzieje, że w tym przypadku będzie dużo lepiej ;).

Stosujecie obecnie kuracje kwasowe? A może macie to w planie? ;)
Więcej »

Produkty Tess i Hennet - analizy mało znanych składowych perełek ;)



Wyszukiwanie nowych marek i produktów o ciekawych składach jest moim hobby. Moje zadowolenie z siebie, gdy znajdę coś wartego kosmetycznej uwagi - bezcenne absolutnie ;). Czasami w odkryciach pomagają mi sami dystrybutorzy i tak, dzięki Panu Jarkowi, dowiedziałam się o istnieniu rodzinnej firmy IDEA25, która produkuje dwie linie kosmetyków: Tess i Hennet. W moje ręce trafiło kilka egzemplarzy ich kosmetyków:


4 żele do higieny intymnej oraz pianka do mycia twarzy, którą dostałam w dwóch egzemplarzach ;). Jedna z nich oczywiście poleci do Was niedługo ;). Przyjrzyjmy się bliżej wnętrzu tych precjozów.

Tess, Delikatna pianka do mycia twarzy i demakijażu z przywrotnikiem


Skład:


Za myjące działanie tej pianki odpowiada delikatny, amfoteryczny detergent: betaina kokamidopropylowa. Poza nią znajdziemy w składzie sporo humektantów (nawilżaczy: glikol propylenowy, gliceryna, ksylitol, laktitol), estry pochodzące z przeróbki oliwy, tytułowy ekstrakt z przywrotnika, betainę oraz jedno polyquaterium w okolicach konserwantów (filmformer). Na uwagę zasługuje też brak kompozycji zapachowej - co zmniejsza ryzyko wystąpienia reakcji alergicznych.

Gdy tylko jedno z moich twarzowych myjadeł się skończy to natychmiast się za nią zabieram ;). Ciekawa jestem zarówno formuły (mam niewielkie doświadczenia z piankami do mycia), jak i samego działania oraz siły myjącej. Spodziewam się delikatnego, acz skutecznego mycia - zobaczymy, jak wyjdzie w praktyce ;).

A teraz korowód żeli do higieny intymnej ;)

Tess, Żel do higieny intymnej z tymiankiem


Skład:


W przypadku żeli mamy do czynienia ze stałą bazą, składającą się z dwóch detergentów amfoterycznych (pochodnych betainy), glikolu propylenowego (humektant - nawilżacz), estrowych pochodnych oliwy z oliwek, hydroksypropylocelulozy (zagęszczacz) oraz regulatorów pH i konserwantu. W wersji tymiankowej znajdziemy... ekstrakt z tymianku ;)

Tess, Żel do higieny intymnej z ekstraktem z kory dębu


Skład:


Tutaj baza myjąca została wzbogacona ekstraktem z kory dębu.

Tess, Żel do higieny intymnej z przywrotnikiem


Skład:


Tym razem następuje zamiana na przywrotnik ;).

Tess, Żel do higieny intymnej z nagietkiem


Skład:


A tutaj wkomponowano ekstrakt z nagietka ;).

Istnieje również Żel do higieny intymnej z czerwoną koniczyną o składzie: Aqua, Lauramidopropyl Betaine, Propylene Glycol, Cocamidopropyl Betaine, Tryfolium Pratense Leaf Extract, Olive Oil Polyglyceryl-4 Esters, Hydroxyethylcellulose, Parfum, Disodium EDTA, Citric Acid, który, jak nietrudno zgadnąć, zawiera ekstrakt z koniczyny ;).


Te pięć produktów do higieny intymnej ma bardzo podobne składy - zmienia się w nich tylko ekstrakt przewodni ;). Niemniej jednak nie razi mnie to tak bardzo, jak przelewanie do różnych opakowań tego samego produktu - co często ma miejsce wśród produktów tego typu (po więcej odsyłam TUTAJ). 

Poza linią Tess firma IDEA 25 posiada również linię Hennet, w której także znajdziemy godne składowej uwagi produkty - m. in. do higieny intymnej ;).

Hennet Botanical, Żel do higieny intymnej


Skład: Skład: Aqua, Propylene Glycol, Glycerin, Lauramidopropyl Betaine, Olive Oil Polyglyceryl-4 Esters, Cocamidopropyl Betaine, Betaine, Propanediol, Hydroxyethylcellulose, Lactitol, Xylitol, Tryfolium Pratense Leaf Extract, Mentha Piperita Leaf Extract*, Theobroma Cacao Extract*, Citric Acid, Disodium EDTA.

Nawilżacze: glikol propylenowy i gliceryna przełamane dwoma pochodnymi betainy (amfoteryczne detergenty myjące) i pochodnymi oliwy - oto i baza tego produktu ;). Znajdziemy w nim również betainę, laktitol, ksylitol oraz ekstrakty z czerwonej koniczyny, mięty i kakaowca. Ten produkt nie odbiega może bardzo składowo od poprzedników, ale jednak zmiany są nieco większe ;).

Hennet Energized, Żel do higieny intymnej dla mężczyzn 



Skład: Aqua, Propylene Glycol, Cocamidopropyl Betaine, Organic Rosemary Distillate (Rosmarinus Officinalis), Phenoxyetanol, Hydroxyethylcellulose, Alcohol Denat, Polysorbate 20, Polygonum Bistrota Extract, Etylhexylglycerin, Melaleuca Alternifolia Leaf Extract, Disodium EDTA, Citric Acid.

Z produktami dedykowanymi dla mężczyzn mam pewien problem. Większość ich składów wygląda tak, jakby panowie zamiast skóry mieli beton powleczony papierem ściernym, który można traktować najmocniejszymi środkami myjącymi zupełnie bez potrzeby. Tutaj jest ładnie: amfoteryczny detergent wymieszany z nawilżaczem (glikol propylenowy) wzbogacony hydrolatem z rozmarynu oraz ekstraktami z rdestu i drzewa herbacianego. Odrobina etanolu pojawia się już po pierwszym konserwancie, więc jest go naprawdę niewiele (najprawdopodobniej został wykorzystany w celu lepszego rozpuszczenia ekstraktów). Całości dopełniają niekontrowersyjne konserwanty i regulatory pH. Nie zawiera kompozycji zapachowej.

Może być dobrym rozwiązaniem dla panów, którzy koniecznie chcą mieć produkt dedykowany dla swojej płci o łagodnym składzie do mycia całego ciała ;).

W linii Hennet nie zabrakło także ciekawych składowo mydeł wartych rozważenia do mycia ciała, twarzy i może nawet włosów ;).

Hennet, Mydło z olejem konopnym


Skład: Cocos Nucifera (Coconut) Oil, Olea Europaea (Olive) Fruit Oil, Aqua, Elaeis Guineensis (Palm) Oil, Sodium Hydroxide, Cannabis Sativa (Hemp) Seed Oil, Butyrospermum Parkii (Shea) Butter, Ricinus Communis (Castor) Seed Oil, Pelargonium Graveolens (Rose Geranium) Flower Oil, Pogostemon Cablin (Patchouli) Oil, Eugenia Caryophyllus (Cloves) Bud Oil, Melaleuka Alternifolia (Tea Tree) Leaf Oil, Aniba Rosaeodora(Rosewood) Wood Oil, Pinus Sylvestris (Pine) Leaf Oil, Myristica Fragrans (Nutmeg) Powder, Linalool*, Limonene*, Benzyl Benzoate*, Geraniol*, Citral*, Citronellol*, Eugenol*, Iso Eugenol*

Mamy tutaj do czynienia z mydłami sodowymi wielu olejów: kokosowego, oliwy z oliwej, palmowego, z konopii, masła shea czy rycynowego. Zawiera również wiele olejków eterycznych: różany, z paczuli, goździkowca, drzewa herbacianego czy różanego oraz sproszkowaną gałkę muszkatołową i zestaw zapachów. Taki skład obiecuje bardzo aromatyczne mycie ;).

Hennet, Mydło z przyprawami korzennymi



Skład: Aqua, Arachis Hypogaea (Peanut) Oil, Elaeis Guineensis (Palm) Oil, Cocos Nucifera (Coconut) Oil, Sodium Hydroxide, Ricinus Communis Seed Oil, Theobroma Cacao (Cocoa) Seed Butter, Vitis Vinifera (Grape) Seed Oil, Cinnamomum Zeylanicum (Cinnamon) Bar Oil, Citrus Nobilis (Mandarin) Peel Oil, Citrus Aurantium Dulcis (Orange) Oil, Cinnamomum Zeylanicum (Cinnamon) Bar Powder, Eugenia Caryophyllus (Cloves) BudPowder, Vanilla Planifolia Seed Powder, Sucrose, Citral*, Limonene*, Linalool*, Cinnamyl Alcohol*, Cinnamal*, Coumarin*, Eugenol*, Benzyl Benzoate*

Tym razem mamy mydła sodowe olejów: arachidowego, palmowego, kokosowego, rycynowego, masła kakaowego i winogronowego. Nie zabrakło również ekstraktów z cynamonu, mandarynki, pomarańczy czy też proszku z nasion wanilii i gałki muszkatołowej. Całość domyka kompozycja zapachów.

Korzennie, aromatycznie - w sam raz na zimę ;).

Kosmetyki od IDEA 25 mają niewygórowane ceny, jednak (a szkoda!) ich dostępność nie jest (mam nadzieję, że jeszcze ;)) najlepsza. TUTAJ możecie sprawdzić w razie zainteresowania, czy znajdziecie je w swojej najbliższej okolicy ;).

Czuję się skutecznie pokuszona - a może i Was zainteresowały te produkty?

P.S. Pamiętajcie o konkursach jubileuszowych: na blogu i Fanpage :D
Więcej »

6 lat istnienia bloga: konkurs!


30 października 2011 roku napisałam pierwszy tekst w tym miejscu. Dacie wiarę, że od tego czasu minęło już 6 lat? ;) W tym czasie ewoluowało moje podejście do pielęgnacji, fryzura na głowie oraz wiedza na tematy okołokosmetyczne. To zaledwie 6 lat, a czuję się jakbym miała tego bloga od zawsze ;). 

Jako osoba dość sentymentalna często wracam do ważnych wydarzeń blogowych. Takim na pewno była pierwsza współpraca, podjęta z marką Elfa Pharm. Mozna powiedzieć, że rozwijaliśmy się razem ;). 

Nie ma jubileuszu bez świętowania, więc z tej okazji mam dla Was 6 zestawów kosmetyków Elfa Pharm (3 w konkursie blogowym i 3 na Fanpage), w którym możecie zgarnąć trzy produkty:


  • Trychologiczny peeling oczyszczający przeciw wypadaniu włosów Basil Element (więcej o nim TUTAJ) - nowość!
  • Peeling do ciała Vis Plantis - nowość!
  • Jeden dowolnie wybrany kosmetyk z oferty Elfa Pharm (sklep).
By wziąć udział w zabawie wystarczy w komentarzu pod tym postem zostawić swój adres mailowy ;). Będzie mi oczywiście bardzo miło, jeśli zaobserwujecie mojego bloga, polubicie jego fanpage czy też udostępnicie ten post - pochwalcie się tymi aktywnościami w komentarzu ;). 

Chętnie poczytam również różne historie związane z moim blogiem: jak tu trafiliście, czego się dowiedzieliście, w czym Wam pomogłam i takie tam ;)

Zabawa potrwa do 13 listopada 2017r. do godziny 23:59. 

Powodzenia!

Więcej »

Basil Element, Trychologiczny peeling oczyszczający przeciw wypadaniu włosów - z zadatkami na hit!



Peeling skóry głowy to temat (w porównaniu z innymi) dość świeży w pielęgnacji włosów. Można powiedzieć, że wyewoluował wraz z potrzebami włosomaniaczek ;). Pomimo, że osobiście uważam, że nie wszystkie "skalpy" wymagają tego etapu w pielęgnacji (więcej TUTAJ) to nie omieszkałam w przeszłości wykonać dla Was małego opracowania mechanicznych (KLIK!) oraz chemiczno-enzymatycznych (KLIK!) propozycji złuszczania martwego naskórka.

Muszę również dodać, że po przeczytaniu wielu opinii na forach, grupach i blogach stwierdzam, że większość trychologów radzi swoim klientkom peeling skóry głowy, traktując go jako remedium w zasadzie na wszystko. Czasami bez głębszej analizy problemu, ale to opowieści na inne okazje ;). Niemniej jednak wielu włosomaniaczkom w gabinecie trychologa został polecony profesjonalny peeling za "miliony złotych monet" - część decyduje się na taki zakup, a część broni portfel przed podobnymi zakusami. 

Dla wszystkich poszukujących niedrogiego peelingu do skóry głowy bez drobinek mam dziś nowość z linii Basil Element (co nie co o pozostałych kosmetykach z tej serii TUTAJ): Trychologiczny peeling oczyszczający przeciw wypadaniu włosów.


Skład: AQUA, GLYCOLIC ACID, HYDROXYPROPYL STARCH PHOSPHATE, PROPANEDIOL, GLYCERIN, SODIUM HYDROXIDE, NIACINAMIDE, PASSIFLORA EDULIS FRUIT EXTRACT, CITRUS LIMON FRUIT EXTRACT, OCIMUM BASILICUM HAIRY ROOT CULTURE EXTRACT, HELIANTHUS ANNUUS SEED OIL, COCOS NUCIFERA OIL, PANTHENOL, ALLANTOIN, PIROCTONE OLAMINE, XANTHAN GUM, PARFUM, POTASSIUM SORBATE, SODIUM BENZOATE, DISODIUM EDTA, BUTYLENE GLYCOL, SODIUM BISULFITE, LINALOOL, GERANIOL, LIMONENE.

Działanie tego peelingu opiera się na zastosowaniu kwasu glikolowego przełamanego humektantami (nawilżaczami: propanediol, gliceryna, niacynamid, pantenol), ekstraktami z: marakui, cytryny, bazylii oraz olejami: słonecznikowym i kokosowym. Warto również zauważyć obecność substancji przeciwłupieżowej (przeciwgrzybiczej) - piroktonu olaminy. Pozostałe składniki odpowiedzialne są za konsystencję, pH oraz trwałość i zapach kosmetyku. Zastosowane konserwanty nie budzą niepokoju, jednak ze względu na obecność substancji zapachowych oraz składników pochodzenia naturalnego - warto wykonać domową próbę uczuleniową (KLIK!).

Powiem szczerze, że jak uważam, że peeling skóry głowy mi niepotrzebny, tak chyba przetestuję go... z ciekawości xD. Intryguje mnie również to jak sprawdziłby się na skórze twarzy. Jego kolejną zaletą jest cena - 125ml kosztuje w przedsprzedaży 25,49zł (cena regularna na stronie producenta: 29,99zł).

Co o nim sądzicie? Widzicie dla niego miejsce w Waszych łazienkach? ;)
Więcej »
Szablon dopasowała Karolina Gie