-55% na kolorówkę w Rossmannie: nieoczekiwana dogrywka ;)



Naprawdę nie miałam w planach żadnych dodatkowych zakupów w Rossmannie na obecnej, makijażowej promocji. Jedna wizyta dostarczyła mi już wystarczająco dużo wrażeń (możecie o nich poczytać TUTAJ, tak samo jak o moich zakupach), a i wzbogaciłam się o wszystko, co potrzebne. Tja :P.


Wybraliśmy się z M. na krótki, weekendowy wypad na kolejną, zamkową trasę (Ujazd, okolice Opatowa, Sandomierz i inne, mniej znane zamki i ruiny - może chcielibyście o naszych eskapadach poczytać? ;)), a gdy wracaliśmy do Krakowa postanowiliśmy uzupełnić zapasy jedzenia w Biedrze na Wzgórzach Krzesławickich. Nie muszę pewnie dodawać, że obok tego przybytku stoi Rossmann xD.

Wybrałam się tam w zasadzie tylko po kapsułki do prania, ale gdy zauważyłam brak tłumów - podeszłam również do szaf z kolorówką. A tam... porządek, część produktów pozaklejana i... prawie wszystko było! Dlatego mówię oficjalnie: zgadzam się z Wami - nie każdy Ross to Sodoma i Gomora w czasie przecen ;). Z tego pozytywnego zaskoczenia przyniosłam do domu jeszcze trzy produkty (już nie pierwszej potrzeby ;)) - świeże, nieotwierane, a pudry są nawet zafoliowane ;).


Nie sposób nie zauważyć, że mocno zaintrygowała mnie marka Miss Sporty ;). Za moje zakupy makijażowe zapłaciłam niecałe 18zł (wykorzystałam rabat z aplikacji M.). Warto też zauważyć, że w ferworze poszukiwań nie zapomniałam o tym, po co przyszłam - czyli o kapsułkach do prania xD. A było blisko xD.




Podkład So Matte Miss Sporty wylądował w moim koszyku dzięki... jego bratu z linii So Clear ;). Pomimo, że użyłam go dosłownie kilka razy zachwycił mnie swoim kolorem i wykończeniem, dlatego też z dużym zainteresowaniem skłoniłam się ku kolejnemu podkładowi MS. Ten także ma ładny skład:

Aqua/Water/EAU, Dicaprylyl Ether, Talc, Butylene Glycol, Cetearyl Alcohol, Isostearic Acid, Aluminum Starch Octenylsuccinate, Magnesium Aluminum Silicate, Polysorbate 60, Cetyl Alcohol, Dimethicone, Stearic Acid, Phenoxyethanol, Triethanolamine, Xanthan Gum, Kaolin, Acrylates/C12-22 Alkyl Methacrylate Copolymer, Caprylyl Glycol, Galactoarabinan, Disodium EDTA, Pentylene Glycol, Sorbic Acid, Tocopheryl Acetate, Saccharomyces/ Zinc Ferment, Saccharomyces/ Calcium Ferment, Saccharomyces/Copper Ferment, Saccharomyces/ Iron Ferment, Saccharomyces/ Magnesium Ferment, Saccharomyces/ Manganese Ferment, Saccharomyces/ Potassium Ferment, Propylene Glycol, Chlorphenesin, [May Contain/Peut Contenir/+/-: Titanium Dioxide (CI 77891), Iron Oxides (CI 77491, CI 77492, CI 77499)].

Emolientowo-humektantowa baza z dodatkiem talku, glinokrzemianów, glinki kaolinowej oraz ekstraktów z drożdży i witaminy E wygląda naprawdę nieźle i obiecująco. Filmformery znajdziemy tutaj w okolicach konserwantów, więc liczę, że moja skóra ich nie zauważy ;).

Pudry: So Clear 001 (w kolorze) i So Matte (transparentny) zabrałam z chęci przetestowania czegoś poza moją ulubioną... mąką ziemniaczaną w roli pudru ;). Dodatkową motywacją był fakt, że akurat na tym wyjeździe w jakiś magiczny sposób otworzyło mi się opakowanie z mąką w kosmetyczce - efekt możecie sobie wyobrazić xD. 



Tutaj idę na żywioł - składów nie znam, chociaż po produktach tego typu nie spodziewam się morza tego, czego moja skóra nie lubi - czyli głównie filmformerów ;).

Gdyby mi ktoś powiedział dwa tygodnie temu, że z tej przeceny przyniosę do domu 6 produktów, to bym chyba nie uwierzyła i miałabym co teraz odszczekiwać :P. Mam jednak nadzieję, że mój kosmetoholik weźmie teraz trochę na wstrzymanie ;).

A jak było u Was? Daliście sobie spokój z akcją czy też może przynieśliście nieco dobra? Jakie są Wasze ogólne odczucia? ;). U mnie było słodko-gorzko, jak widać.
Więcej »

-55% w Rossmannie na kosmetyki do makijażu: moje łupy ;)



Broniłam się rękami i nogami, miałam też wątpliwości (więcej - TUTAJ), ale w końcu postanowiłam zaryzykować i wziąć udział w Rossmannowym szaleństwie makijażowym ;). Zakupów dokonałam przez internet (z odbiorem w wybranej drogerii) i powiem w skrócie - mnie się udało, ale nie wszyscy mają tyle szczęścia.

By odebrać swoje łupy musiałam się udać do tego przybytku kosmetycznego szczęścia - to, co tam widziałam może mnie już nie zaskakuje, ale szokuje nadal (dziwne połączenie, wiem xD). Otwieranie pierdyliarda opakowań tego samego produktu przez jedną klientkę, upaćkane szafy, Sodomia i Gomoria - tak wyglądał mój Rossmann w pierwszy dzień promocji, gdy poszłam odebrać zamówienie. Pretensje mam w zasadzie tylko do klientów - przy takim zainteresowaniu nie sposób upilnować tylu osób. Pozostaje mi tylko życzyć, żeby nikt się nie zaraził czymś ciekawym po tej promocji... (tak, panie z aktywną opryszczką malujące się szminkami też widziałam...). 

Po tych doznaniach z niepokojem udałam się do kas po moje zamówienie. Przyznaję - rozpakowałam je na miejscu i muszę stwierdzić, że wybrane przeze mnie kosmetyki były świeże oraz nieotwierane. Wiem jednak, że nie zawsze tak jest - obsługa pakuje zamówienia z tego, co jest na sklepie i tylko łutem szczęścia nie dostałam żadnego kukułczego jaja. Innym czynnikiem, który wpłynął na ten stan rzeczy, było pewnie złożenie zamówienia w pierwszy dzień akcji ;).

Mój rachunek opiewał na śmiesznie niską kwotę ;)


Wśród moich łupów można znaleźć zakup: kompulsywny, przemyślany i na uzupełnienie potrzeb ;).


Curling Pump Up Mascara od Lovely to oczywiście zakup kompulsywny ;). Naczytałam się miliarda pozytywnych recenzji, które obudziły mojego wewnętrznego kosmetoholika. Już niedługo testy i nie powiem - wymagania mam bardzo duże :D.


Podkład So Clear od Miss Sporty był zakupem przemyślanym. Po wycofaniu mojego ulubieńca, jakim był krem BB z Rival de Loop (KLIK!) nadal szukam jego godnego następcy. Do tego produktu przekonał mnie jego skład:


Aqua/Water/Eau, Dicaprylyl Ether, Butylene Glycol, Talc, Cetearyl Alcohol, Isostearic Acid, Aluminium Starch Octenylsuccinate, Magnesium Aluminium Silicate, Polysorbate 60, Cetyl Alcohol, Dimethicone, Stearic Acid, Phenoxyethanol, Triethanolamine, Farnesol, Xanthan Gum, Kaolin, Acrylates/C12-22 Alkyl Methacrylate Copolymer, Caprylyl Glycol, Galactoarabinan, Disodium EDTA, Pentylene Glycol, Sorbic Acid, Tocopheryl Acetate, Saccharomyces/Zinc Ferment, Saccharomyces/Calcium Ferment, Saccharomyces/Copper Ferment, Saccharomyces/Iron Ferment, Saccharomyces/Magnesium Ferment, Saccharomyces/Manganese Ferment, Saccharomyces/Potassium Ferment, Propylene Glycol, Chlorphenesin, [May contein / Peut contenir/+/-: Titanium Dioxide (CI 77891), Iron Oxides (CI 77491, CI 77492, CI 77499)].

Baza humektantowo - sorpcyjna (np. talk, krzemiany) odpowiada za efekt matowienia. Po zapachu znajdziemy ekstrakty z drożdży. Zawiera filmformery, ale w okolicach pierwszego konserwantu i szczerze ufam, że moja cera ich nie wyczuje w tak małej ilości i nie zareaguje radosnym wysypem niedoskonałości ;). Dziś nałożyłam go po raz pierwszy, kolor ma idealny dla mnie - zobaczymy jak sprawdzi się w dłuższej perspektywie ;). Niemniej wiążę z nim wielkie nadzieje.

Korektor w płynie Perfect Stay od Miss Sporty uzupełni moje zapasy - właśnie dobijam do dna mojego ulubieńca od Eveline i chętnie sprawdzę na sobie coś nowego ;). Tym razem zakup w składowej ciemnicy - INCI brak ;). Zamierzam go stosować pod oczy.


Nie przewiduje kolejnych zakupów na tej akcji (ale może życie mnie zaskoczy? ;)), jednak bardzo chętnie poczytam o Waszych łupach.

Chwalcie się (także silną wolą i omijaniem drogerii :D)!
Więcej »

Promocja na kolorówkę w Rossmannie - wziąć udział czy nie?



Gdyby ktoś jeszcze nie wiedział - właśnie dzisiaj rozpoczyna się wyczekiwana promocja w Rossmannie: -49% lub -55% (w Klubie Rossmann) przy zakupie trzech różnych kosmetyków do makijażu (najprawdopodobniej po prostu różniących się kodem kreskowym). Akcja potrwa do 19 października lub do wyczerpania zapasów.


Rossmannowskie imprezy tego typu, poza działami lakierowymi, omijałam szerokim łukiem już od kilku edycji - o powodach możecie poczytać TUTAJ, TUTAJ, TUTAJ, TUTAJ i TUTAJ. W skrócie - odrzucał mnie wszechobecny syf i bajzel. 

Nie ukrywam wprawdzie, że wiele rzeczy mnie kusi, głównie tusze do rzęs z szaf Lovely, ale boję się, że przytargam do domu otwarty produkt. A w przypadku szminki czy właśnie mascary może się to wyjątkowo źle skończyć. Nowy podkład czy puder z przybytków Wibo, Eveline czy Miss Sporty też chętnie bym przetestowała - na zimę przyda się mocniejsza izolacja skóry od czynników zewnętrznych, także makijażem xD. Nadal jednak pamiętam moją historię z zapaleniem spojówek po tuszu (trzecie opakowanie, więc nie było to uczulenie) i obawiam się ryzyka, ale może Wy pomożecie mi z decyzją ;).

Wiecie może jak sprawa ma się z drogerią internetową? Zdarzyło się Wam w taki sposób dostać w paczce z Rossmanna produkt otwarty i niepełnowartościowy? Przyznaję, że w obecnej chwili uważam to za jedyną opcję dla siebie (Rossmanna odwiedziłabym dopiero jutro wieczorem, więc raczej niewiele ciekawego by zostało :P), ale z drugiej strony nie chcę wyrzucać swojej krwawicy w błoto xD.

Trudne sprawy pierwszego świata :P. Wybieracie się do Rossmanna? Pochwalcie się swoimi listami zakupowymi i przede wszystkim - samymi zakupami ;).
Więcej »

U fryzjera: kolejna, potrójna wizyta ;)



Marudziłam długo o konieczności podcięcia kudeł, aż w końcu udało mi się umówić do mojego fryzjera ;). Ba, po raz kolejny umówiłam się na zbiorowe cięcie z moimi bratanicami (o naszej pierwszej wspólnej akcji możecie poczytać TUTAJ). Ostatni raz traktowałyśmy włosy nożyczkami w lutym - szmat czasu, ale jakoś wcześniejsza wizyta nam z różnych powodów nie wyszła ;). Każda z nas ma inny typ włosów i różne oczekiwania - zobaczcie więc co powstało na naszych głowach dzięki Panu Dawidowi z Trendy Hair Fashion (Kraków, ul. Karmelicka 33).

Na pierwszy ogień poszła J. - najhojniej obdarzona włosowo z naszej trójki ;).


Jej włosy falują się tylko czasami i tylko na końcach, które chciała zagęścić oraz ułatwić sobie ich codzienne układanie odpowiednim cięciem. Miało być ładnie i bez zbytniego kombinowania ;). Efekt po wyglądał tak:


Delikatne skrócenie i nadanie całości kształtu delikatnego U, bez cieniowania. Strata w długości niewielka, a jaki efekt zagęszczenia ;). Czasami niewiele trzeba (zwykle zmiany kształtu cięcia), by wygląd fryzury zmienił się diametralnie. Włosy nie były traktowane prostownicą. Klientka zadowolona bardzo ;).

Falowana Z. natomiast (jak zwykle zresztą) miała ochotę na większą metamorfozę ;).



Fryzjer zaproponował jej long boba z krótszym tyłem i przedłużonymi przednimi partiami włosów przy twarzy, na co ochoczo przystała. Nie skończyło się tak krótko jak za pierwszym razem - ale zmiana i tak jest mega!



Podbicie skrętu widoczne jest wręcz gołym okiem ;). Odpowiednie cieniowanie (cegiełkowe) połączone z płynną linią dolnych partii włosów zrobiło naprawdę kawał świetnego efektu ;). Wydłużone przednie partie w żaden sposób nie odstają od szablonu. Klientka bardziej niż zadowolona :D.

Pewnie będziecie się śmiać, ale najmniej mam do powiedzenia o sobie xD. Z jednego prostego powodu - nie zdążyłam jeszcze po fryzjerze umyć włosów ;).

Włosy przed fryzjerem:


A po cięciu standardowo poprosiłam o wyprostowanie na szczotce. Samej mi się nie chce takich cudów robić, a włosowa odmiana 2-3 razy w roku należy się nawet mnie - niezależnie od tego, że swoje loki kocham ;).


Żadnych ekscesów nie było ;). Poprawiłam kształt cięcia, cieniowanie (cegiełkowe) i minimalnie podcięłam końcówki, bo... robię prawdopodobnie ostatnie podejście do zapuszczania kudeł. Lepszej motywacji niż obecnie już raczej nie będę mieć, ale bądźmy szczerzy - jak mnie włosy zaczną irytować długością to i za miesiąc mogę je standardowo obciąć na krótko ;). Więcej informacji i zdjęć przekażę po 2-3 myciach, jak włosy zapomną o przyjętej dawce czesania ;).

Chętnie poczytam też o Waszych ostatnich cięciach ;).
Więcej »

DIY: Cassia - maseczka na twarz ;)



Zdarza się Wam czasami narobić czegoś za dużo? Mnie się zdarza to notorycznie z miksami przedmyciowymi na włosy. Jak się rozpędzę, to wychodzi mi ponad dwie łyżki mazidła i dobroci wręcz nie mieszczą się na włosach :P. Ba, zdarza mi się to nawet wtedy, gdy dany rytuał mam opracowany w pełni. 

Niby wiem, że płaska łyżeczka Cassii wystarczy mi do jednej porcji glossa (o Cassii znajdziecie sporo TUTAJ, TUTAJ, TUTAJ, TUTAJ i TUTAJ), ale zdarzyło mi się nabrać czubatą i... wyszło z tego coś fajnego ;).


Cassię do włosów przygotowałam zalewając proszek gorącą wodą (do konsystencji gęstej śmietany) i pozostawiłam do ostygnięcia. Po jakiś 10 minutach dodałam do całości sok z połowy cytryny i... stwierdziłam, że powstałą papką obdzieliłabym jeszcze drugą włosomaniaczkę :P. Przypomniało mi się jednak, że kiedyś czytałam o stosowaniu Cassii na twarz. Szybciutko odświeżyłam więc swoją wiedzę i nadmiar mieszanki zaaplikowałam dość niestandardowo. Trzymałam całość przez 20 minut:


Oczywiście - miałam obawy co do zostania "żółtą twarzą" po zmyciu mieszanki, jednak do niczego takiego nie doszło ;). Mieszanka zmyła się zacnie, a w przeciwieństwie do glinek - nie wymaga spryskiwania w czasie noszenia (nie zasycha w tym czasie w skorupę). Pozostawia skórę odświeżoną, matową i bardzo przyjemną w dotyku, a na dodatek przyspiesza gojenie wszelkich zmian zapalnych. To całkiem wygodne rozwiązanie - Cassia pozwala uzyskać efekty jak po glince zielonej bez konieczności zraszania maski i bez groźby wysuszenia (nawet z dodatkiem soku z cytryny ;)). 

Ciekawa jestem, czy z czasem, dzięki dodatkowi cytryny, moje pojedyncze piegi ulegną rozjaśnieniu ;). Próbowałam także tej mieszanki bez cytryny i efekty po zmyciu były bardzo podobne. Podoba mi się kilkudniowy efekt zmatowienia  po jej zastosowaniu - pomaga mi w opanowaniu świecenia mojej tłustej cery i przedłuża dzięki temu trwałość makijażu.

Obecnie za każdym razem, gdy planuję zabawy włosowe z Cassią (co 2-3 tygodnie) nakładam ją też na twarz - niemniej jednak osobom o bardzo jasnej cerze polecam ostrożność - możliwe są zażółcenia skóry nawet pomimo tego, że ja ich nie doznaję ;). W zasadzie jestem tym faktem bardzo zaskoczona ;).

Obecnie myślę o przetestowaniu innych indyjskich ziółek na twarzy: Hesh z płatków róży, skórki pomarańczy, cytryny, Skin Life czy Neem Tone. Macie z nimi jakieś doświadczenia i polecicie mi coś podobnego na początek? ;)
Więcej »

Kosmetyki Tahe - zacna, włosowa opcja ;)



Rzadko zdarza mi się, że jakiejś marki nie znam kompletnie - jest to dla mnie jednoznaczne z faktem, że nigdy o niej nie słyszałam. Przy kosmetycznym blogowaniu jednak siłą rzeczy kolejne nazwy firm obijają się o uszy ;). Tym razem jednak propozycja współpracy testowej dotyczącej produktów Tahe mocno mnie zainteresowała. Wyszukałam więcej informacji, poprosiłam o składy INCI, przeglądnęłam je i tak oto zdecydowałam się na testy trzech produktów Tahe: 


Jak można zauważyć produkty mają jednolitą szatę graficzną, w której niezły klimat robi użyty szary, szorstki papier na etykietach. O dziwo, mimo moich obaw, nie zmniejszyło to ich trwałości, ale nie polecam wrzucania opakowań do wody - tego naklejki nie zniosą ;).  

Szampon kosztuje około 70zł (300ml), maska - 50zł (300ml), a krem - 50zł (100ml). Ceny są więc dość wysokie, ale jeszcze nie poza granicami percepcji ;).

Każdy z produktów jest mocno gęsty (na tyle, na ile pozwala zastosowane opakowanie), dzięki czemu ich wydajność jest naprawdę godna podziwu. Nieco zaskoczyło mnie to, że kosmetyki z jednej linii nie mają spójnej nuty zapachowej. Szampon ma zapach roślinny, kojarzący mi się ze skoszoną trawą, maska jest bardziej mydlana, a krem ma mocno ziołowy aromat. Każdy z tych zapachów ma średnią intensywność i nie jest wyczuwalny na włosach po myciu (w przypadku kremu zapach wietrzeje po kilkunastu minutach od nałożenia).

Nie omieszkam również rozłożyć ich składów na czynniki pierwsze ;)

Szampon


Skład:


Jak na mnie to duża zmiana - szampon bazujący na łagodnych, niesiarczanowych detergentach nie gościł na moich kudłach od bardzo dawna. Powodem takiego stanu rzeczy była oczywiście moja galopująca niskoporowatość, jednak zapragnęłam ostatnio sprawdzić, czy może coś się nie zmieniło ;). Poza fajnymi składnikami myjącymi zawiera też sól kuchenną (informacja dla wrażliwców) oraz glicerynę i pantenol. Niewielkie ilości oleju arganowego i keratyny uzupełniają zestaw włosowych dobroci. Pod koniec składu znajdziemy jeden filmformer oraz olej Pracaxi (dla mnie nowość ;)). Zawiera splunięcie izopropanolu oraz kompozycję zapachową i konserwanty (niekontrowersyjne). 

Skład naprawdę może się podobać i sama podeszłam do niego z dużą dozą ciekawości. Świetnie sprawdził się do mycia solo (sam szampon, bez odżywiania po czy przed myciem, zastosowany dwukrotnie w jednym cyklu) oraz w duecie z maską Tahe nałożoną w naprawdę niewielkiej ilości (jednak do kolejnego mycia w takiej sytuacji koniecznie musiałam użyć czegoś silniejszego). Nie skracał świeżości włosów, one same wyglądały jak po całym, długim, włosowym rytuale (a nie po dwuminutowym myciu samym szamponem :P). Żadnego puszka okruszka nie zanotowałam ;). Osoby o włosach wrażliwych na proteiny powinny mieć jednak na uwadze to, że on takowe zawiera - i mieć baczenie na ewentualne przeproteinowanie. 

Maska


Skład:


Typowo emolientowa maska bazująca na alkoholach tłuszczowych i olejach (z Pracaxi i sojowym). Zawiera także sporo nawilżaczy: pantenol, glicerynę, propolis oraz ekstrakty i olejki eteryczne z: jasnoty, cytryny, pomarańczy i pomelo. Końcówkę składu uzupełniają konserwanty i kompozycja zapachowa. Nie zawiera filmformerów - jest to produkt zgodny z restrykcyjnym Curly Girl ;).

Skład ciekawy i warty do rozważenia w przeróżnych konfiguracjach: przed myciem, po myciu, w miksach. Sama wypróbowałam wszystkie trzy ;). Po myciu staram się nakładać ją w niewielkich ilościach - jest to naprawdę treściwy produkt i może obciążyć (a jakże, zdarzyło mi się to :D). Po opracowaniu właściwej ilości pozostawia moje włosy miękkie (ale nie rozmiękczone - bez efektu kaczuszki) z ładnym, pogodoodpornym skrętem i blaskiem. Przed myciem sprawdza się zarówno jako podkład pod olej jak i maska do emulgowania oleju czy podstawa miksów (dodawałam do niej głównie proteiny: kolagen i keratynę). Dodając do tego znaczącą gęstość i płynącą z tego wydajność dostajemy włosowy produkt naprawdę wart wszelkiej uwagi.

Krem - pomada


Skład:


W składzie tego cuda do stylizacji loków znajdziemy zarówno nawilżacze (glikol propylenowy, gliceryna), jak i emolienty, w tym także kilka filmformerów i wosk pszczeli. Z ciekawostek: zawiera ekstrakt z jałowca oraz olejek miętowy (chyba on właśnie jest odpowiedzialny za jego ziołowy zapach). Końcówkę składu stanowią konserwanty i kompozycja zapachowa. Nie zawiera więc w składzie nic co mogłoby włosom zrobić krzywdę ;).

Gdy trafił do mnie ten produkt byłam w trakcie poszukiwań nowego stylizatora (została mi odrobina ulubionego żelu, który został wycofany, a nowe zakupy nie sprawdzały się). Kremów w tym zastosowaniu używałam rzadko - uważałam, że zbyt słabo utrwalają fryzurę. Tutaj jednak napis "strong hold" na opakowaniu mnie przekonał :D. Nakładam go w ilości mniej więcej orzecha laskowego na wilgotne włosy i ugniatam moje loki w pozycji głową w dół. Po wyschnięciu nie ma co oczekiwać "sucharków" do odgniecenia, jednak loki i bez tego są zacnie utrwalone do kolejnego mycia. W zastosowanej przeze mnie ilości nie obciąża włosów w żaden sposób i ba - dobrze się sprawdza także teraz, przy mocno deszczowej pogodzie w moich stronach. 

By nie być gołosłowną - poniżej zdjęcia moich loczy po zastosowaniu całego zestawu (dwukrotne mycie szamponem, maska, stylizacja na kremie):




Koniecznie muszę odwiedzić fryzjera, żeby nieco uregulować ten mój skręt ;).

Kosmetyki Tahe zrobiły na mnie bardzo dobre wrażenie. Okazuje się, że czasami (z naciskiem ;)) mogę nawet użyć myjadła opartego na delikatniejszych detergentach, jeśli tylko nie odżywiałam włosów przed myciem. I ba - taka opcja bardzo fajnie sprawdza się w myciu "na szybciocha" ;). Maska odżywia na bogato i dba o locze, a krem (mimo obaw) jest stylizatorem, do którego śmiało mogę wrócić. 

Z ciekawostek muszę koniecznie Wam przekazać, że Tahe ma też maski dedykowane do nakładania przed myciem - obecnie myślę o wypróbowaniu którejś ;).

Chętnie poznam Wasze obecne kosmetyki pielęgnacyjne do włosów ;)
Więcej »

Bielenda Neuro Glicol + Vit.C, Eksfoliująca emulsja do mycia twarzy - bez eksfoliacji ;)



Pamiętacie moje łupy z majowego 2+2 w Rossmannie na wybrane produkty do pielęgnacji twarzy? Opisałam je wszystkie TUTAJ, a jednego z nich mam zamiar dziś dla Was rozłożyć na czynniki pierwsze ;). Bielenda Neuro Glicol + Vit. C Eksfoliująca emulsja do mycia twarzy - jak się u mnie sprawdziła?


Emulsja zapakowana jest w plastikową, miękką i poręczną tubę z czytelną, stylizowaną na dermokosmetyki i kosmetyki apteczne etykietą, której nie straszna jest łazienkowa wilgoć ;). Dobrze dopasowany otwór łatwo dozuje produkt, ale jego końcówkę pewnie będę musiała pewnie wydobyć przez chirurgiczne cięcie opakowania ;).

150ml emulsji w Rossmannie kosztuje 15,99zł (w promocji kupiłam ją za około 8zł - po przeliczeniu).

Skład: Aqua (Water), Sodium Cocoyl Alaninate, Acrylates Copolymer, Cocamidopropyl Betaine, Glycerin, Sodium Cocamphoacetate, Punice, Coco Glucoside, Glycolic Acid, Acetyl Hexapeptide-8, Caprylyl Glycol, 3-O-Ethyl Ascrobic Acid, Polysorbate 20, Triethanolamine, Disodium EDTA, Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone, Citrus Aurantium Dulcis (Orange) Oil, Parfum (Fragrance), Butylphenyl Methylpropional, Hexyl Cinnamal, Limonene, CI 77891.

Założyłam sobie, że kupię w czasie promocji jakieś myjadło do twarzy bez SLES. Nie było to zadanie łatwe, ale udało się ;). Znajdziemy w nim łagodniejsze detergenty wzbogacone gliceryną i filmformerem już na początku składu (kopolimer), który jednak do tej pory nie robił mi krzywdy (i mam nadzieję, że tak pozostanie ;)). Wysoko w składzie znajdziemy również składniki tytułowe: kwas glikolowy i "neuropeptyd" oraz... pumeks. Całości dopełnia pochodna witaminy C, olejek pomarańczowy oraz sowity zestaw konserwantów, zapachów z jednym dokooptowanym barwnikiem.
Ten skład nie wywołał u mnie palpitacji serca z zachwytu, ale do zakupu przekonał mnie kwas glikolowy wysoko w składzie i możliwe profity z tego wynikające.

Ma wodnisto-żelową konsystencję i mlecznobiały kolor oraz pachnie... musującymi cukierkami cytrysowymi xD. Ledwie wyczuwalnie, ale zawsze ;).


Sumiennie myłam nią twarz rano i wieczorem. Pieni się leciutko i myje dobrze (można dzięki niej usunąć nawet cały makijaż), jednak już jej zmycie stanowi pewien problem. Zawiera drobinki pumeksu, ale w takiej ilości, która działania złuszczającego nie wywoła, a jedynie... irytuje użytkownika ;). Takie pojedyncze drobinki naprawdę trudno jest zmyć do zera z twarzy - uwielbiają się lokować w zagłębieniach skrzydełek nosa i na linii włosów.

Poza wspomnianą wyżej niedogodnością nie zrobiła krzywdy mojej twarzy - myje delikatnie, bez przesuszania, bez podrażnienia (nawet okolic oczu, bo zdarzyło się, że mnie poniosło w myciu xD), ale równocześnie bez jakiegokolwiek, nawet minimalnego, efektu eksfoliacji. Stan zaskórnikowy nie zmienił się u mnie w żadną ze stron w czasie używania tej emulsji.

Mimo wszystko, że względu na skład i działanie, uważałabym go za produkt całkiem dobry, gdyby nie te upierdliwe drobinki w dziwnej ilości :P. Złuszczyć nie złuszczą, a irytują ;). Nie zamierzam do niej wracać.

Co stosujecie obecnie do mycia twarzy?
Więcej »
Szablon dopasowała Karolina Gie