Depilacja laserowa - fakty, mity. Początek moich zabiegów



Depilacja laserowa - temat coraz bardziej znany we wszelkiego rodzaju mediach kosmetycznych. Dla mnie - nieco znany z autopsji. I co tu nie mówić - przez pewien czas miałam nie najlepsze zdanie o tej metodzie usuwania owłosienia. Powód jest prozaiczny - przeszłam kilka zabiegów (7) depilacji laserowej wąsika, po których zaprzestaniu wszystko radośnie odrosło. Szkoda tylko, że w momencie, gdy włoski zaczęły magicznie odrastać nie pomyślałam o tym, że być może stoją za tym zawirowania hormonalne - ale o tym niżej.

Tym razem, dzięki współpracy z siecią Depilacja.pl, zamierzam ponownie podejść do sprawy - tym razem czeka mnie spotkanie z laserem LightSheer Duet. Ciekawe, jak będzie tym razem ;).


Nie będę jednak ukrywać - potrwa to pewnie kilka miesięcy, bo zabiegi mają być powtarzane "do skutku";). A jest co usuwać - wstępnie rozmawiałam z konsultantką o twarzy (wąsik + broda), okolicy międzypiersiowej i pachach. Moje zawirowania hormonalne zostawiły mi w spadku niechciane owłosienie w tych rejonach i jestem bardzo zainteresowana pozbyciem się go na zawsze ;). Poza oczywistymi względami estetycznymi mam problem z usuwaniem owłosienia w każdym rejonie ciała, ponieważ:
  • golenie podrażnia mi skórę (poza tym na twarzy jednak wolałabym tego uniknąć z wiadomych względów);
  • stosowanie plastrów z woskiem i depilatora wywołuje masowe wrastanie włosów, niezależnie od stosowanej przed i po zabiegu pielęgnacji (a wierzcie mi, próbowałam już wszystkiego...);
  • na twarzy w zasadzie mogę stosować tylko pęsetę (ze względu na wyżej wymienione problemy - a jest co wyrywać).
Nadzieje mam więc spore ;). Owłosienie klatki piersiowej i pach z całą pewnością spełnia wymagania do depilacji laserowej (jest ciemne), natomiast na twarzy - z brodą nie powinno być problemów, ale czy uda się coś podziałać z wąsikiem - dowiem się na wizycie (tu włosy są cieńsze i jakby jaśniejsze - ale może wynika to z ich grubości?).

Depilacja laserowa, także ze względu na swoją cenę, wzbudza wiele emocji i wątpliwości. Postaram się tutaj odpowiedzieć na niektóre z nich ;).

Czy depilacja laserowa trwale usuwa owłosienie?

Tak, ale nie każde. Najbardziej podatne na usunięcie są włosy grube i ciemne. Zawierają one najwięcej barwnika - melaniny, który pochłania światło lasera i zamienia je w ciepło. Temperatura niszczy część mieszka włosowego zwaną macierzą (odpowiedzialną za odrastanie i wzrost włosów) - bez niej nowy włos nie powstanie ;). Problem zaczyna się przy włosach jasnych, blond, siwych lub rudych. Niektóre marki czy salony kosmetyczne chwalą się posiadaniem laserów, które usuwają takie owłosienie, jednak ich skuteczność jest znikoma.

Należy również pamiętać o tym, że zawirowania hormonalne (w szczególności u kobiet) mogą spowodować w przyszłości pojawienie się nowych włosków w miejscach poddanych zabiegom. Dotyczy to jednak mieszków uśpionych, z których w czasie trwania zabiegów depilacji laserowej włoski nie wyrastały w ogóle, a które po hormonalnym boomie w organizmie zostały uruchomione.

Czy do całkowitego usunięcia włosków wystarczy 1/3/7/miliard zabiegów? (niewłaściwe skreślić ;))

Ilość potrzebnych zabiegów to kwestia indywidualna, jednak nie ma co liczyć na pełne usunięcie owłosienia po jednym zabiegu. Włosy na naszym ciele są w różnych etapach wzrostu i zwykle potrzeba od 3 do 7 zabiegów na to, by wszystkie uchwycić w fazie wzrostu (a nie uśpienia ;)) i potraktować wiązką lasera. Z każdym zabiegiem włosków powinno być jednak coraz mniej.

Czy latem można stosować depilację laserową?

Oczywiście, ale powinno się wtedy chronić rejony poddawane zabiegom przed dodatkowymi porcjami promieniowania słonecznego. Depilacja laserowa bikini czy pach nie stanowi problemu (tych rejonów raczej nie opalamy ;)), jednak pozostałe obszary powinniśmy chronić kremem z wysokim filtrem (SPF 50+).

Czy depilacja laserowa boli? Czy skóra jest podrażniona po zabiegu?

Odczucia bólowe są kwestią dość indywidualną, jednak przy dobrze dobranej mocy lasera można mówić raczej o ewentualnym dyskomforcie niż bólu ;). Sama odczuwałam jedynie mocne ciepło - daleko temu było do uczucia oparzenia ;). Skóra może być zaczerwieniona po zabiegu, jednak maksymalnie po kilkunastu godzinach ślady zanikają.

Czy depilacja laserowa i IPL to to samo? Czy urządzenia do domowej depilacji laserowej są podobnie skuteczne?

Nie, nie, nie i jeszcze raz nie. IPL nie stosuje lasera, tylko światło o różnej długości fali (przez co działa nie tylko na włos, ale też na okoliczne tkanki). Bywa, że zamiast usuwać, jedynie czasowo spowalnia wzrost włosów - jego skuteczność jest dość wybiórcza. W domowych urządzeniach do "depilacji laserowej" stosowana jest właśnie technologia IPL, dlatego też nie są tak skuteczne jak lasery medyczne.

Trzymajcie za mnie kciuki i koniecznie dajcie znać o Waszych depilacyjnych patentach (w każdej możliwej metodzie ;)).
Więcej »

"Te dni" - problemy każdej z nas i ich rozwiązania



Miesiączka - temat dotyczący ludzkości od jej zarania, a jednak ciągle traktowany (nawet w środowiskach czysto kobiecych!) jak tabu. W jego łamaniu nie chodzi mi nawet o szczegóły czysto fizjologiczne, ale często jakakolwiek wzmianka o bólach menstruacyjnych czy dyskomforcie kończy się zignorowaniem problemu ("przecież wszystkie kobiety to przechodzą, a Ty marudzisz", "też mnie boli i nie narzekam") albo jego skasowaniem (tutaj dominują panowie: "wolałbym, żebyś nie podawała szczegółów"). Oczywiście, nie każda z nas cierpi w jakikolwiek sposób w trakcie menstruacji, ale każdą kobietę może to spotkać.

Sama przez wiele lat od pierwszej miesiączki w zasadzie nie odczuwałam "tych dni" - poza oczywistym stosowaniem środków higienicznych. Nie było bólu, obfitych krwawień, bólów brzucha  czy nudności. Nie wiedziałam także co to PMS (zespół napięcia przedmiesiączkowego) - ot, w zakładanym terminie pojawiało się krwawienie, które nieszczególnie uprzykrzało mi życie. Czasami uskuteczniałam jedynie zestaw pierwszej potrzeby (termofor + lek przeciwbólowy), ale takie sytuacje w zasadzie zdarzały się może przez kilka dni w roku.


Później jednak sporo się zmieniło - moje zobowiązania zawodowe wzrosły (a wraz z nim poziom stresu) i pojawiło się kilka niewielkich problemów hormonalnych. No i się zaczęło ;). 

Obfite krwawienie dla każdej z kobiet wygląda inaczej, jednak dla mnie jest to stan, w którym dokładnie muszę przemyśleć swój ubiór i plan dnia, by uniknąć nieprzewidzianych sytuacji. Jak dla mnie jest to sytuacja wysoce niekomfortowa - bardzo nie lubię, gdy nie jestem w stanie czegoś w pełni kontrolować. Pojawia się stres, który jedynie pogarsza sytuację - u mnie zwiększa on obfitość i długość krwawień. Może zauważyłyście coś takiego u Was?

Każda aktywność staje się wtedy uciążliwa, a nie sposób co miesiąc eliminować się na te dni z życia jedynie w obawie przed nieprzewidzianymi wypadkami. Póki nie zaczęłam się diagnozować sądziłam, że obfitość moich krwawień to stan przejściowy, który potrwa kilka cykli i wróci do akceptowanego poziomu. Tak się jednak nie stało.

Po około trzech-czterech cyklach doszłam do wniosku, że tak być dalej nie może. 3-4 dni w miesiącu ze strachem przed wyjściem z domu nie nastrajały mnie optymistycznie. Poza tym odczuwałam również inne objawy związane z nadmierną utratą krwi: senność, uczucie osłabienia czy lekkie zawroty głowy zaczęły towarzyszyć początkowi mojego cyklu. Wykonane badania faktycznie włączyły ostrzegawczą lampkę - poziomy żelaza i ferrytyny obrały kierunek ku dolnym rejonom norm (a nigdy nie miałam z nimi problemów). Zaordynowane suplementy ledwie dostrzegalnie poprawiły sytuację (i niestety głównie na papierze, bo samopoczucie nie uległo zmianie).


























Zwierzyłam się z moich problemów lekarzowi ginekologowi i, jak często w podobnych przypadkach, zostały mi zaproponowane tabletki antykoncepcyjne - ze względu na brak konkretnej przyczyny stanu rzeczy. Mam jednak problemy krążeniowe i postanowiłam, że póki mogę poszukać innych rozwiązań póty postaram się antyków unikać. Całe szczęście, że nie usłyszałam sławetnego: "Po porodzie pani przejdzie". xD

Wtem trafiła do mnie propozycja napisania dla Was tekstu przełamującego tabu "tych dni" w ramach współpracy z producentem preparatu Hemorigen femina - Herbapol Wrocław. Marka jest mi znana - niejeden ziołowy specyfik ich produkcji stosowałam ;). Totalnie nieświadoma istnienia produktu dedykowanego specjalnie dla kobiet w okresie menstruacji zapytałam o niego mojego ginekologa:


Znajdziemy w nim: witaminę K1 (poprawia krzepliwość krwi), wyciągi z: ziela tasznika (działanie podobne do K1 oraz delikatne oddziaływanie na narządy płciowe i poziom hormonów), nasion gryki, ziela krwawnika i przymiotna (odpowiedzialne za prawidłową pracę układu krwionośnego) oraz witaminę C i żelazo, uzupełniające ewentualne niedobory. 

Dzienna dawka preparatu to 2 tabletki, a ich stosowanie jest szczególnie polecane w czasie trwania menstruacji (od początku cyklu do ostatniego dnia krwawienia). Mam wielką nadzieję, że zmniejszenie ubytku krwi w połączeniu z dostarczeniem żelaza i witaminy C poprawi moje samopoczucie i komfort życia w tym okresie ;).Uważam, że jeżeli mamy okazję ułatwić sobie cokolwiek to warto to robić. Opakowanie już czeka na testy :D.

Miesiączka to stan fizjologiczny, jednak sądzę, że w razie potrzeb warto sobie podnosić jakość życia w każdej sytuacji. Jeśli tylko się da, to nie ma co się stresować "daniem plamy", zbyt mocnym bólem czy obniżonym nastrojem. Są oczywiście objawy, które nieodzownie wymagają leczenia farmakologicznego. Nie uciekajmy także przed nim w imię bardzo krzywdzącego, a nadal pokutującego zdania: "Jesteś kobietą, więc musisz cierpieć".

Dajmy żyć sobie i innym ;). Chętnie poznam Wasze metody na problemy i perypetie kobiece - może jest wśród nich coś, co sama przygarnę do swoich comiesięcznych rytuałów ;).
Więcej »

Okazja - Himalaya Herbals w Biedronce i do -40% na pielęgnację włosów w Hebe!



Moja wola silną jest... póki nie zwietrzy kosmetycznej promocji ;). Już od jutra (18.01.2018r.) w Hebe startuje akcja "do -40% na pielęgnację włosów" - skusicie się? ;). Mnie raczej będzie do tego przybytku nie po drodze - ale może to i lepiej xD.


Wczoraj pokusiłam Was nieco na FB i IG moim najnowszym nabytkiem. Wybrałam się do Biedronki po coś na ząb, a wróciłam z...


... zestawem kosmetyków Himalaya Herbals w zawrotnej cenie 10,45zł :D. W jego skład wchodzą:
  • Maseczka oczyszczająca Neem i Kurkuma
  • Żel oczyszczający Neem i Kurkuma
  • Mydełko Neem i Kurkuma
Cała seria ma właściwości oczyszczające - może się sprawdzić przy cerze skłonnej do zanieczyszczania oraz trądzikowej.



Z racji, że całe opakowanie jest zabudowane - przed podejściem do kasy radzę sprawdzić, czy wybrany przez Was box jest kompletny ;). Cena jest przezacna - już sama maska jest warta więcej :D.


Z produktami Himalaya Herbals miałam do czynienia w przeszłości (np. tonik stosowany na skórę głowy - zamiast do twarzy: KLIK!). Testowałam także żel z tego zestawu - nie zachwycił mnie szczególnie, ale kolejne opakowanie mogę zużyć do mycia ciała (a miałam do niego nie wracać... recenzja KLIK! ;)).


Maseczkę z Neem i Kurkumą wielbię już od dłuższego czasu i właśnie opieprzam się w myślach za to, że jeszcze jej nie zrecenzowałam. Muszę to jak najszybciej nadrobić ;).


Kaolinowo-bentonitowa baza wzbogacona w sporą ilość ekstraktów z Neem i kurkumy może się podobać ;). Wśród konserwantów znajdziemy parabeny, do których mam jednak przyjazny stosunek. Glikol propylenowy występuje tutaj w roli nawilżacza.


Nieco zarzuciłam stosowanie mydeł w pielęgnacji mojej cery - koniecznie muszę to zmienić i będę mieć ku temu okazję w trakcie testów tego mydełka ;). 


Tutaj przed zapachem znajdziemy jedynie dwa mydła, a interesujące ekstrakty z kurkumy, Neem i cytryny zostały dodane w niewielkich ilościach. Nie nastawiam się jednak źle - mydła niejeden raz już mnie pozytywnie zaskoczyły pomimo składowych wątpliwości ;). Warto także zaznaczyć, że jest to prawdziwe mydło - a nie tylko z nazwy ;). Więcej informacji na ten temat znajdziecie  TUTAJ.

Spodziewam się niestety, że tych zestawów nie znajdziecie we wszystkich Biedronkach, aczkolwiek w tej mojej było ich naprawdę sporo ;). Będziecie na niego polować?

Więcej »

Włosowa historia Kurczaka ;)



Pielęgnacyjne rozmowy z Wami często owocują dłuższymi znajomościami. W taki właśnie sposób poznałam Kurczaka - dziewczynę, której włosowe losy na pewnym etapie splotły się z moim blogiem. Ta historia, przez moje nieogarnianie życia, absolutnie zbyt długo czekała na publikację. Bez zbędnych wstępów oddaję więc głos Kurczakowi ;).

"Witam, nazywam się Kurczak, mam 21 lat, jestem studentką medycyny i z przyjemnością zabiorę Was we włosową opowieść (jak to brzmi!), której głównymi punktami zwrotnymi są: zapuszczanie długich włosów z długości do ucha, całkowite zniszczenie włosów oraz powrót do formy. Wybaczcie mi proszę formatowanie zdjęć, ale nie jestem w tym dobra. 

Moim naturalnym kolorem włosów jest ciemny blond, latem jaśniejszy i rozświetlony, zimą – naprawdę ciemny. Wiem, jaki to poziom koloru (6), ale od osób postronnych i najczęściej nieobeznanych z włosowym nazewnictwem mój kolor włosów był już wszystkim, od ciemnego brązu do jasnego blondu.

Moje włosy z natury nie są całkiem proste - przy dużej wilgotności niektóre pasma falują w stylu zaniedbanego, nieuporządkowanego 2A. Po odpowiedniej pielęgnacji są proste jak po prostownicy, której notabene nigdy nie miałam i mieć nie chcę. Są za to cienkie jak nitki, ale gęste (nie wiem, czy obwód kucyka jest wyznacznikiem, ale obwód kucyka z naturalnych, wygładzonych olejami włosów wynosi dumne 11cm). Jestem też olejomaniaczką.

Wspomnienia...



2004 (mam 8 lat) – czy widzicie te gumki z metalowymi elementami? Teraz mam ochotę wygarnąć mojej mamie, że niszczyła mi nimi włosy, ale przecież nie wiedziała…


2006. Tu włosy wystylizowane na fale z warkoczyków. Widać, jaki mają potencjał do rozjaśniania się.

Jako mała dziewczynka nosiłam najpierw fryzurę na pazia, a w okresie podstawówki miałam długie włosy. Wyemancypowałam się jednak w piątej klasie i postanowiłam je obciąć (miałam dość szkolnej monokultury dziewczynek z włosami do pasa, zresztą zwykle zniszczonymi od połowy). Mam czasami wrażenie, że dziewczynki pod koniec podstawówki są niesamowicie podatne na, jak ja to nazywam, „efekt Lolity”. Szkoda, że tym samym tracą swoje naturalne piękno i niewinność, no ale nie mnie to oceniać.

Krótkie włosy nosiłam do końca drugiej klasy gimnazjum. Bardzo lubiłam zarówno swojego krótkiego boba, jak i siebie w tym okresie.Właściwie do tego momentu moją jedyną „pielęgnacją” był szampon ze SLES-em, taki, jaki stał w łazienkach w moim domu, zazwyczaj do włosów farbowanych. Czasami zdarzało mi się też umyć włosy odżywką mamy, i byłam niezmiernie zdziwiona, że słabo się pieni. Włosy myłam średnio co 3 dni.


2010 (mam 14 lat).

Moja babcia (niezwykle kojarząca mi się zawsze z Babą Jagą…) przy każdej okazji podkreślała, jak postarza mnie fryzura i że w wieku 14 lat wyglądam na 20. Kompletnie się tym nie przejmowałam. Uważam, że bob podkreślał rysy twarzy i zapewne kiedyś do niego wrócę.

Nigdy nie używałam prostownicy ani lokówki, za to po każdym myciu suszyłam włosy ciepłym nawiewem suszarki (gorący parzył mi skórę). Czasami (raz na rok) kręciłam włosy na termoloki, ulubiony gadżet włosowy mojej mamy, uzyskując ciekawy efekt jak z lat 20.

Włosy, naturalne i krótkie, wyglądały nieskazitelnie. Fryzjerki się nimi zachwycały. Zazwyczaj tak jest, że krótka fryzura dodaje włosom gęstości, a krótkie, czyli dość młode włosy, nie zdążą zniszczyć się na skutek otarć mechanicznych. Do fryzjera chodziłam średnio co 2 miesiące. 

W drugiej klasie gimnazjum (pod koniec 2011) postanowiłam włosy zapuścić, bo czułam na sobie presję otoczenia i byłam coraz bardziej z siebie niezadowolona (miałam już początki depresji; to wtedy postanowiłam za wszelką cenę stać się bliżej nieokreślonym ideałem). Początki nie były łatwe, wydawało mi się, że włosy wcale nie rosną. Moje zapuszczanie trwało od wiosny 2011 roku (włosy do ucha!) właściwie do wiosny 2013 roku (włosy za zapięcie stanika; dopiero w tym okresie zrozumiałam, że mój miesięczny przyrost włosów jest całkiem spory). Zapuszczałam bez podcinania(o zgrozo!), za to wtedy zaczęłam włosy pielęgnować odżywkami Gliss Kur bez spłukiwania (ta olejowa, do włosów rozdwajających się). Nie było to wcale głupim pomysłem – ponieważ ja przesadzam we wszystkim, po każdym myciu psikałam sobie połowę włosów ogromna ilością odżywki, co nieźle zabezpieczało końce.


Lipiec 2011, pensjonat nad morzem. Włosy do brody.


Listopad 2011, włosy już prawie do ramion! Jak widać, przyrost był naprawdę zacny. W tamtym czasie lubiłam nosić opaski do włosów.


Styczeń 2012, włosy do ramion. Niestety posiadam tylko zdjęcia z komórki ilustrujące zapuszczanie. Z tyłu oczywiście książki w starej szafie – jestem prawdziwym molem książkowym.


Rok i cztery miesiące od rozpoczęcia zapuszczania, w sierpniu 2012, długość była już całkiem znaczna. W tym miejscu, na wysokości ucha, widać też, że włosy nie są do końca proste. Ten puch to właśnie ów spaczony skręt 2A, który pojawił się w ścisłej korelacji z wilgotnością powietrza.


Grudzień 2012, jeszcze nie do końca wysuszone po umyciu. Włosy były już za zapięcie stanika, oczywiście niepodcięte nawet o milimetr od półtora roku. Zwróćcie proszę uwagę, jak ciemne wydają się włosy zimą, a jest to ten sam poczciwy ciemny blond co w 2006 roku (nie zauważyłam, by włosy ściemniały mi w okresie dojrzewania).


Dwa lata po rozpoczęciu zapuszczania, w kwietniu 2013, włosy mają przepyszny blask i bardzo przyjemną mięsistość. Końcówki oczywiście zmasakrowane, ale włosy były już tak długie, że zdjęcie ich szczęśliwie nie obejmuje.


Listopad 2013, włosy bardzo długie (do pasa) i wyraźnie bardziej zniszczone niż wtedy, kiedy przy tej samej „pielęgnacji” były krótkie. Mam 17 lat, jestem w drugiej klasie liceum i już od września uczę się jak szalona do matury z biologii i chemii. Mam już silną depresję. Gasnę, chudnę. Przestaję się uśmiechać. Wybieram się do fryzjera dopiero na wiosnę 2014 roku; fryzjerka nie narzeka na silnie rozdwojone końce i kasuje wyłącznie pięć centymetrów końcówek, które wtedy były (jak dla mnie) zdecydowanie za długie – zwisały już sporo poniżej pasa. Cięcie na prosto, bez fantazji, ale doskonale służy końcówkom.


Marzec 2014. Tutaj dobrze widać naturalne refleksy na włosach, i to w jak dobrym stanie były końcówki, mimo że jedyną pielęgnacją dalej była para szampon SLES + Gliss Kur. 

Zapuszczanie zostało zakończone, zatem czasami robiłam sobie różne fryzury (czyli głównie stosowałam termoloki), bo długie proste włosy szybko mi się znudziły.


Przed wyjściem na „Upiora w Operze”, kwiecień 2014, ach… Byłam na tym przedstawieniu sześć razy i zakochałam się na zabój. Uwielbiam musicale, zresztą operetki i operę także. A włosy – refleksy "by nature" i tona pianki.


Maj 2014. Ciemne, prawda? Plus gąszcz baby hairów na górze. Jest to ciekawe o tyle, że całe życie odżywiałam się, delikatnie mówiąc, fatalnie (Mars na śniadanie, kanapka na obiad, jogurt na kolację), a włosy i tak były w porządku i rosły.

W klasie maturalnej moja depresja była już tak silna, że postanowiłam się leczyć. Wpłynęło to też na włosy, które stały się bardziej suche. 

W listopadzie 2014 roku uznałam, że potrzebuję zmiany w wyglądzie, i przybiłam pierwszy gwóźdź do włosowej trumny – zdecydowałam się na cieniowanie i silne skrócenie włosów. Niestety, nie miałam pojęcia, co to degażówki i jak wpływają na cienkie włosy, więc skończyłam z piórami od połowy długości i z marnymi widokami na zrównanie długości. Cieniowanie miało lepsze i gorsze dni… Na początku nawet mi się podobało.



Listopad 2014. Niestety nie mam lepszego zdjęcia, ale tu widać zdegażowane końce. Moje włosy, kiedy były długie, zawsze trochę się rozdwajały na końcówkach, ale nie drastycznie. Kiedy je wycieniowałam, zaczęły się rozdwajać na całej długości, i to dwa dni po wizycie u fryzjera… 

Za radą fryzjerki zaczęłam używać jedwabiu do zabezpieczania włosów po myciu, ale niestety, wybrałam alkoholowy jedwab Biosilk. Teraz sama się sobie dziwię – uczyłam się chemii jak szalona i znałam właściwości etanolu, a nie przyszło mi do głowy, że przesuszy (a nawet zdenaturuje XD) moje włosy (w końcu zbudowane z białek). Zdaje się, że wtedy myślałam, iż alkohol zdąży odparować, nim zrobi mi krzywdę. Niestety, przeliczyłam się. 

W klasie maturalnej miałam naprawdę wspaniałe pomysły – zapragnęłam mieć jaśniejsze włosy, ale że nie ufałam farbom. Najpierw w ruch poszły płukanki z rumianku, potem z cytryny, a potem… dolewanie wody utlenionej do szamponu. Genialne, czyż nie? Au… Włosy przesuszyły się, a końcówki wyglądały niczym piorun w miotłę. W tym okresie też drastycznie schudłam – w ciągu pół roku poleciało mi 12 kg i pojawiła się niedowaga. Nie odchudzałam się, po prostu nie dawałam rady jeść, jadłam zazwyczaj jedną kanapkę dziennie plus czasami kubek mleka. Więc nie jadłam i uczyłam się, chociaż wierzcie mi, szło mi to ledwo-ledwo (mózg bez paliwa i widoków na poprawę). 

Przed samą maturą wyglądałam jak trup, a w wakacje po, kiedy nosiłam bikini, ludzie patrzyli na mnie z lękiem i szeptali coś o anoreksji. Anoreksji nie miałam (normalnie uwielbiam jeść, byle niezdrowo), ale depresja „zrobiła robotę.” W okolicach matury, chyba, żeby dobić się całkowicie, postanowiłam jednak nałożyć farbę. Padło na Palette do 24 myć (wiedziałam, że będzie trwała), bodajże Perłowy Blond. Chciałam rozjaśnić je tylko minimalnie, dlatego rozcieńczyłam utleniacz do 6 procent i nałożyłam farbę jedynie na 10 minut. Efekt? 

Na początku wcale nie zauważyłam różnicy, ale przez moje porowate włosy pigment wypłukiwał się w rekordowym tempie i zostałam złoto-ruda, a następnie żółto-żółta (żółty Kurczak wielkanocny). Jestem typem mieszanym, ciepły z zimnym, ale w tych kolorach nie było mi do twarzy. A kondycja włosów… Nigdy nie prostowane wyglądały gorzej niż po dziesięciu latach codziennego prostowania.


Kwiecień 2015. Dobrze chociaż, że włosy zostały na swoim miejscu… Jeszcze wtedy.


Maj 2015. Czerwone kółko własnej roboty ilustruje miejsce największego bólu… Zniszczone, spuszone włosy o wysokiej porowatości.

Tak więc wesoło nie było… Irytowała mnie ta blondo-rudość i postanowiłam najpierw intensywnie chłodzić ją fioletowymi szamponami (co nic nie dało, a jeszcze podkopało kondycję włosów), a potem położyć L’Oreal Casting Mroźne Mochaccino 613 (zrobiłam to dwa razy – na koniec czerwca i w początku sierpnia, między wyjazdami wakacyjnymi). Psychicznie czułam się też coraz gorzej, nie pomogło nawet to, że wyniki matury były znakomite, i przyjęto mnie na studia… Właściwie wtedy poczułam się jeszcze gorzej. 

Niestety nie wiedziałam, co to sole amonowe używane w Castingu zamiast amoniaku. Włosy rozpoczęły masową migrację. Oczywiście dalej bez pielęgnacji.


Sierpień 2015. Pierwszy raz w życiu w brązie… Widać dobrze kondycję włosów i pióra. Dla mnie był to dramat, a w brązie nie czułam się sobą. Cóż, errare humanum est. Szkoda, że nie potrafiłam tego zaakceptować. 

Farby jednak wypłukały się po trzech myciach. I wtedy nastąpił impas, gdyż nie chciałam nigdy więcej katować swoich włosów farbą. Wreszcie przysiadłam nad włosowymi blogami, odkryłam blog Mysi oraz Blondaircare, a chwilę później Kascysko, która urzekła mnie swoją wiedzą naukową. Zatem odżywki, oleje (litry!), maski oraz Babydream poszły w ruch. Zapragnęłam odzyskać swój naturalny kolor, więc rozpoczęłam też suplementację biotyną w dawce 5mg/dzień. Biotyna dała efekty po dwóch miesiącach – włosy praktycznie przestały wypadać (było to dla mnie bardzo cenne po feralnym lecie 2015 i romansie z Castingami), jednak ich przyrost nie został znacząco przyspieszony. Mój przyrost sam z siebie jest dobry. 

Nie przekonałam się tylko do wcierek i półproduktów, bo nie chciało mi się w tym babrać, a alkohol we wcierkach skutecznie mnie zniechęcił, gdyż mam absolutny antytalent manualny i przy okazji wcierania czegoś w skalp na pewno położyłabym wcierkę na włosy u nasady. Cieniowanie również poszło w kąt. Włosy znów cięłyśmy z moją fryzjerką na prosto.


Koniec sierpnia 2015. Po dwóch tygodniach pielęgnacji. Ścisły start.

Błędem w mojej pielęgnacji była przesada (maska na godzinę pod czepek codziennie! oraz olej co drugi dzień albo i codziennie – relaksowało mnie to do nauki) oraz znaczne ograniczenie protein, np. cztery miesiące bez nich. Chociaż kondycja włosów znacząco się poprawiała z tygodnia na tydzień (włosy pokochały się ze wszystkimi olejami, które stosowałam, zarówno dla włosów bardzo porowatych, jak i niskoporowatych), bardzo szybko nabawiłam się chronicznego przetłuszczenia olejami oraz przenawilżenia. W tamtym okresie też zaczęłam kręcić włosy na termoloki Remington, i to codziennie. Dzięki codziennemu olejowaniu końców nawet to nie było straszne moim końcówkom. Możecie sobie wyobrazić, że musiałam w tamtym okresie często kupować nową poduszkę, bo olejowałam na noc. Olej zawsze, ale to zawsze, emulgowałam maską. 

Włosy rosły szybko i w marcu 2016 roku, po 8 miesiącach zapuszczania, powstało sympatyczne ombre, przynajmniej z przodu. ;) Z tyłu odrost rzucał się w oczy, ale wcale się tym nie przejmowałam.


Tutaj maj 2016, dziesięć miesięcy zapuszczania odrostu. Zwróćcie proszę uwagę, że włosy są zwiotczałe i bez blasku, myślę, że właśnie z nadmiaru humektantów. 

Dzięki olejom kolor nabrał głębi, a włosy naturalne były lśniące. Na grzywce dokładnie widać linię odrostu. Czubek głowy to już całkowicie moje naturalki. Przenawilżenie czasami wychodziło… A puszek wokół głowy to dzielne baby hairy, które masowo pojawiały się po masażu głowy olejami (zawsze olejuję również skalp).


W grudniu 2016 długość odrostu była już całkiem-całkiem…


Przyznam się, że jesienią 2016 roku zaniedbałam pielęgnację… To znaczy nie była ona tak maniakalna jak rok wcześniej. 

Jak widać, minimalizm się opłacał. Na niektórych pasmach widać jednak odrobinę puchu. Cóż, moje włosie nigdy nie będzie idealne, jest cienkie i delikatne, ale przynajmniej odzyskałam równą długość i gęstość. A z przodu sombre, które, o dziwo, budziło powszechny zachwyt i lawinę pytań, gdzie je wykonałam (mimo że było od linijki i przypadkowe, wywołane zapuszczaniem naturalnego koloru i tylko tym….).


Najciekawsze było to, że odrost tylko na wierzchu sięgał do brody, gdy odgarnęłam wierzchnie pasma, najbardziej zniszczone i najjaśniejsze, ukazywały się pod nimi włosy, które były już naturalne prawie do długości ¾… 

I finał, w miarę szczęśliwy, czyli kwiecień 2017, 20 miesięcy od początku zapuszczania… Zdjęcia są pod światło, dlatego nie sugerujcie się proszę puszkiem – to baby hairy, od dzieciństwa nie używałam gadżetów łamiących włosy. Kolor i długość, jak dla mnie, zadowalające. Nie jestem fanką włosów do talii. Mam tylko 169cm i myślę, że taka długość by mnie przytłaczała.



Kwiecień 2017, włosy od grudnia znów namiętnie olejowane codziennie. Mimo to trochę puchu… ale widocznie taka ich uroda. 

I ostatnie zdjęcie, 3 czerwca 2017, tutaj bez żadnej stylizacji i bez uprzedniego olejowania, umyte tylko SLES-em, bez odżywki i maski (taki naked hair challenge :P):


Cóż, do ideału sporo im brakuje, ale mnie satysfakcjonują. Tutaj doskonale widać, że długość zabiera im gęstość i uwidacznia, że są cienkie jak nitki. Mam zamiar zastanowić się nad cięciem, które pokaże ich gęstość. 22 miesiące bez farby. 

Moja obecna pielęgnacja: (pozwolę sobie pominąć setki masek i olejów, które przetestowałam w 2015 i 2016 roku, bo tego jest po prostu za dużo, nadmienię tylko, że Gliss Kur z olejami i Alterra Granat i Aloes były wówczas moimi faworytami; tak, Alterra jest konserwowana alkoholem, ale w tej odżywce mi nie szkodził):
  • Olejowanie końców przed myciem codziennie lub co drugi dzień – dzięki temu nie rozdwajają mi się końcówki mimo codziennego kręcenia na termoloki i potrafią tak wytrwać nawet przez pół roku! Oczywiście mam na myśli większość włosów, przednim pasmom i wierzchnim warstwom dalej zdarzają się rozdwojenia albo nawet białe kulki na końcach;
  • Myję włosy codziennie ze względu na tłustą skórę (na całym ciele i na skalpie również). Myję w takim systemie: 3xBabydream, potem raz SLES, obecnie Eva Nature Style z rumiankiem (zacny rypacz); 
  • Maski: Kallos Omega, Milk, Silk, Gliss Kur złota z olejami, a z proteinowych – wielki faworyt Dr Sante Argan Hair (z całego serca polecam). Maski stosuję dwa razy w tygodniu po SLES-ie i po rytualne olejowym, który ma u mnie miejsce raz w tygodniu w weekend, do zemulgowania olejów. Olej na olejowanych codziennie końcach zmywam spokojnie Babydreamem. Dr Sante raz na dwa tygodnie. Protein mlecznych używam bez ograniczeń; 
  • Oleje: oliwa z oliwek z Biedronki (750 ml -moje włosy ją kochają), Babydream fur Mama, Hipp, olej kokosowy nierafinowany (moje włosy kochają; i to bez żadnych związków z porowatością; moje końce dalej są mocno porowate), olej słonecznikowy, masło shea, Alterra Brzoza i Pomarańcza (najrzadziej); 
  • Od czasu do czasu kremuję Isana Shea & Kakao oraz Isana Chia &Babassuoil oraz, od niedawna, Isana Raspberry; Olejuję włosy na sucho, bo nie chce mi się tego robić na mokro. :P; 
  • Rytuał olejowy by Kurczak, inspirowany blogiem Wwwłosy: połączenie olejowania z kremowaniem i maską, stosuję raz w tygodniu lub raz na dwa tygodnie. Najpierw olejuję włosy na sucho i robię masaż skalpu. Następnie nakładam na skalp sporo kremu, zwykle któregoś z wyżej wymienionych kremów Isana. Zostawiam to dobro na jedną-dwie godziny, potem włosy moczę i nakładam na 30 minut (czasami na dłużej, bo mi się nie chce ciągle biegać do łazienki i zmywać…) którąś z masek Kallosa. Zazwyczaj jest już wtedy późna noc. Zmywam maskę ogromną ilością wody i… tyle. Suszę letnim nawiewem i idę spać. Maska na kationowych środkach powierzchniowo czynnych całkiem nieźle zmywa olej. Jeśli rano włosy tego wymagają, zmywam je jeszcze Babydreamem. I są szczęśliwe; 
  • Obowiązkowy silikonowy olejek po każdym myciu, zwykle Isana Haarol Schwerelos/Intensiv 2in1. Oba mają podobne składy: najpierw dwa silikony, w tym jeden odparowujący, potem: w pierwszym, 3 oleje, abisyński, awokado i babassu, w drugim: olej jojoba. Bardzo użyteczne, dobrze zabezpieczają; Niestety przez spadek porowatości włosy coraz mniej chcą się kręcić na termoloki… Zamiast loków po dwóch minutach kończę z falami. Cóż, kiedy farba całkowicie zrośnie, zapewne znowu polubię je proste; Zawsze związuję na noc w warkocz. Nie stosuję też akcesoriów z metalowymi elementami. Włosów na ogół nie wiążę podczas dnia, wolę je rozpuszczone; 
  • Jeśli chodzi o niszczenie, moje włosy są poddawane codziennie suszeniu letnim nawiewem (suszarka z jonizacją), kręceniu na termoloki, oraz fryzurze: włosy rozpuszczone (gumki i spinki się z nich ześlizgują). Niemniej, chociaż na pewno szczególnie termoloki są nie bez znaczenia dla ich kondycji, nie mam zamiaru z tego rezygnować. Aha, rozczesuję włosy zawsze na mokro drewnianym grzebieniem z szeroko rozstawionymi zębami. Włosy nigdy za bardzo mi się nie plątały. Na sucho czeszę szczotką z włosia dzika, a do przygładzania w ciągu dnia używam TT, choć należę do przeciwników tej szczotki; uważam, że używając jej do innych celów niż przygładzanie, można zrobić sobie krzywdę, jeśli ma się porowate i cienkie włosy. ;).
Weźcie proszę poprawkę na to, że ja z natury jestem osobą, która lubi popadać w obsesje. Włosy były jedną z nich, dlatego tak maniakalnie je olejowałam. Obecnie robię to dla zdrowia końcówek i codziennie nakładam olej tylko na końce.

Ostatnia rzecz, to moja depresja. Towarzyszyła mi jak cień, najpierw nieuświadomiona, a od liceum już uświadomiona… leki nie pomagały, dlatego całkowicie zrezygnowałam z nich rok temu. Teraz… cóż, mam wrażenie, że ostatnio jakby depresja nieco się zmniejszyła. Oby było już tylko lepiej! 

Pozdrawiam serdecznie i dziękuję Kasi za jej cierpliwość do mnie, moich setek pytań o włosy i długiego tworzenia historii." 

Jedyną osobą, która za długość publikacji powinna tutaj przepraszać, jestem ja - Kascysko :D. Z Kurczaka jestem niezmiernie dumna (i absolutnie nie tylko pod względem włosowym), a Was zachęcam - jeśli chcecie, by Wasze włosowe i inne kosmetyczne historie ujrzały światło dzienne - możecie je do mnie podesłać ;). Nie zamierzam robić z Waszych opowieści pełnoprawnej serii na blogu, ale czasami warto podnieść się wzajemnie na kosmetycznym duchu ;). 
Więcej »

2+2 gratis w Rossmannie "Zadbaj o siebie, zadbaj o naturę" - moje łupy ;)



Po moim ostatnim wpisie dotyczącym obecnej promocji w Rossmannie na produkty przyjazne naturze (KLIK!) można się było spodziewać, że nie wysiedzę i pójdę na zakupy ;). Właśnie przed chwilą wróciłam, więc spieszę z prezentacją moich łupów ;). Niektórych nie miałam w planie - przyznaję xD.


Za całość zapłaciłam 20,98zł


Organic Shop, Peeling enzymatyczny


Skład:


Peeling ten jest mi znany (recenzję znajdziecie TUTAJ) i byłam z niego bardzo zadowolona. Obecnie ma jednak inny skład (mniej kwasu glikolowego, pojawiły się trójglicerydy), jednak nadal wygląda całkiem ładnie i liczę na to, że moja cera nie strzeli fochem na to, czego nie lubi dzięki kwasowi ;). Niestety, standy Organic Shop nie są dostępne w każdym Rossmannie, nad czym mocno ubolewam.

Alterra, Szampon dodający objętości Bio Papaja i Bio Bambus


Skład:


Szamponu Alterra (chyba z kofeiną) używałam w czasach, gdy myłam włosy odżywką (jako mocne myjadło) i pamiętam, że nie byłam szczególnie zadowolona. Od tego czasu jednak wiele się zmieniło, a SCS powinien dać radę z moimi trudnymi do umycia kudłami. Dodatek pochodnej gumy guar (filmformeru) nieco mnie niepokoi w kwestii przyklapu, ale mam nadzieję, że nie będzie źle ;). Typowy zakup kompulsywny :D.

Alterra, Deo-balsam Sensitiv


Skład:


Byłam na kupnie antyperspirantu, jednak interesowały mnie głównie rozwiązania tradycyjne (z solami aluminium, które sprawdzają się u mnie zwykle lepiej). Alterry nawet początkowo nie oglądałam - spodziewałam się jedynie morza etanolu i niczego, co działałoby antyperspiracyjnie. Napis Sensitiv jednak zadziałał - obejrzałam skład i włożyłam do koszyka. Etanolu nie zawiera w ogóle, sporo soku z aloesu i gliceryny powinno nawilżyć skórę ;). Zastanawiam się jednak jak zadziała sól kuchenna na moje pachy :D.

Himalaya Herbals, Pasta do zębów z naturalnym fluorem


Skład:


Przy pastach do zębów do składu przywiązuję dużo mniejszą wagę - dla mnie liczy się działanie ;). Ciekawe, jak na tą pastę zareagują moje skłonne do krwawień dziąsła i nadwrażliwe zęby. Naczytałam się na jej temat ochów i achów - moje wymagania są więc zawyżone :D.

Powiem Wam, że gdy jakieś 2 tygodnie temu usłyszałam po raz pierwszy o tej akcji spodziewałam się, że nic mnie nie zainteresuje. Lista produktów objętych promocją jednak miło mnie zaskoczyła :D. 

A jak było u Was? ;)
Więcej »

2+2 gratis w Rossmannie "Zadbaj o siebie, zadbaj o naturę" - moje typy



Kolejny miesiąc i kolejna akcja drogerii Rossmann, skierowana głównie dla członków Klubu Rossmann posiadających odpowiednią aplikację. Sieć drogerii promuje ją jak może, z korzyścią dla nas oraz wielu organizacji, które są wspomagane dzięki naszym zakupom ;). Tym razem padło na produkty przyjazne naturze (nie mylić z naturalnymi - nie wszystkie objęte promocją takowymi są ;)), które w dniach 9-18 stycznia 2018 roku (lub do wyczerpania zapasów) możemy kupić w systemie 2+2 gratis: wybierając 4 różne produkty objęte akcją (regulamin dostępny na stronie Rossmann) dwa najtańsze otrzymamy za darmo ;). Z oferty możemy również skorzystać online. 

Specjalnie dla Was przygotowałam zestawienie produktów szczególnie wartych uwagi - oczywiście według mnie ;). Może ktoś z Was się zainspiruje ;). Akcja obejmuje również środki czystości, zdrowe przekąski i żywność - nie zawarłam ich w spisie, ponieważ uważam, że gusta w tych dziedzinach są jeszcze bardziej subiektywne od kosmetycznych ;).

Alterra


Pomadce do ust Alterra śpiewam peany pochwalne już od dawna - taniutka, łatwo dostępna i co najważniejsze - naprawdę chroni i pielęgnuje naskórek ust. Obecnie poznaję także uroki olejowania włosów olejkami Alterry, więc bogatszych w treść recenzji możecie się niedługo spodziewać. Na razie powiem tyle - jest zacnie ;). Z nieznanych mi kosmetyków tej marki interesowała mnie woda micelarna, ale obejrzałam skład i ilość etanolu mnie usadziła xD.

Biokap


Szampon przeciw wypadaniu włosów Biokap zachwycił mnie w przeszłości (więcej TUTAJ). Od tego czasu produkt ten zmienił swój skład, jednak nadal dochodzą do mnie słuchy o jego świetnym działaniu. Poza nim moją szczególną uwagę zwrócił Lotion przeciwko wypadaniu włosów oraz Kuracja regeneracyjno-odbudowująca. Nie wykluczam zakupu ;).

Dermaglin


Niestety, na promocji według regulaminu znalazły się tylko: maska antycellulitowa i mydło dermatologiczne od Dermaglin, ale ten drugi produkt od dawna wisi na mojej zakupowej liście. Może czas go kupić? ;)

Dudu-Osun


To afrykańskie mydło również od lat śni mi się po nocach. Nawet nie wiedziałam, że można je dorwać w Rossmannie! Takie rozbudowanie asortymentu to ja rozumiem :D.

Himalaya Herbals



Promocja obejmuje pasty do zębów Himalaya, o których naczytałam się sporo dobrego. Może z którąś z nich zdradzę mojego ukochanego Elmexa? Co o nich sądzicie?

Miya Cosmetics (myWONDERBALM)



Kremy myWONDERBALM od Miya Cosmetics opisywałam szeroko TUTAJ i TUTAJ, więc w skrócie napiszę - jeśli szukacie produktów pielęgnacyjnych o przyjemnym, pudrowym wykończeniu i ładnych składach to zainteresujcie się nimi koniecznie ;).

Natura Siberica


Odżywki, szampony, peelingi do skóry głowy... czego dusza zapragnie ;). Mnie wpadły w oko odżywki do włosów przetłuszczających (z myślą o wcieraniu w skórę), ale wszystkie produkty warte są uwagi (przynajmniej ze względu na składy).

O'Herbal



Szczególnie interesujące są szampony i odżywki O'Herbal (o ich działaniu możecie poczytać TUTAJ i TUTAJ), ale żelem pod prysznic z pompką też bym nie pogardziła ;). Może czas na kolejny szampon? :D

Organic Shop



Pisałam na temat peelingu enzymatycznego Organic Shop peany pochwalne już bardzo dawno temu (TUTAJ) i czuję potrzebę powtórzenia przygody z tym kosmetykiem ;). Ciekawe, czy sprawdzi się równie dobrze jak 4 lata temu.

Petal Fresh


Produkty Petal Fresh zadowolą te włosomaniaczki, które poszukują delikatnych detergentów w myjadłach oraz produktów bez filmformerów. Moje plany zakładają zakup którejś z odżywek, bo szampony będą raczej za słabe na moje uparte kudły ;).

Tołpa


Opisywałam kilka kosmetyków Tołpy na blogu (TUTAJ, TUTAJ i TUTAJ) - u mnie ogólnego zachwytu nie było, ale nie mogę im odmówić ładnych składów. Na pewno u wielu z Was sprawdzają się świetnie, więc czemu by nie uzupełnić zapasów na tej promocji? :D

Vianek



Z marką Vianek nie mam żadnego organoleptycznego doświadczenia (jakoś mi nie wyszło do tej pory ;), ale polska marka o ładnych składach zawsze zasługuje na uwagę.

White Flower


Błoto z Morza Martwego White Flower's to klasa sama w sobie: świetne działanie (ale wrażliwcy powinni uważać) połączone z naprawdę niską ceną jak za pół kilograma takiego cuda. Dodajmy jeszcze do tego świetną dostępność i mamy kosmetyczny must have ;). Opisywałam je TUTAJ.

Pamiętajcie jednak, że promocją objęte są produkty przyjazne naturze, ale niekoniecznie naturalne!

Chętnie poznam także Wasze typy przed odwiedzinami w drogerii. Może wydłużycie moją listę zakupową? ;)
Więcej »
Szablon dopasowała Karolina Gie